losowe inne prace z tej kategorii:
Nie masz jeszcze swojego konta? Zarejestruj się. Po pierwsze
podaj swój nick:
Wróc do menu: opowiadanie

Jarmark Czarów
Niebo tuż po zachodzie słońca miało barwę truskawkowego soku pomieszanego ze śmietankowymi smugami chmur. Stałem na wzgórzu o kształcie sędziwego, zielonego żółwia i spoglądałem na wioskę, w której trwał w najlepsze jarmarczny harmider. Małe postacie ludzi, elfów, krasnoludów i wróżek krążyły pośród straganów pełnych tajemniczych i cudownych przedmiotów. Westchnąłem cicho, nabrałem w płuca głęboki haust świeżego, chłodnego powietrza i zszedłem wydeptaną ścieżką, wijącą się zapalczywie po zboczu wzgórza, wprost do wioski przytulonej lekko do ściany mrocznego lasu. Czułem się znowu niczym dziecko w krainie czarów. W około rozlegały się głosy Magicznego Ludku, a drewniane stragany ociekały artefaktami rodem z najpiękniejszych bajek.
Zatrzymałem się przy pierwszym z brzegu. Sprzedawcą był krasnolud o długiej, siwej brodzie zaplecionej w dwa grube warkocze. Sumiaste wąsy spływały miękko po obu stronach wydatnych ust, a oczy, bystre i czarne, jak dwa diamenty nasączone smołą, spoglądały uważnie i nerwowo na wszystko dookoła.
- Zapraszam, wysoki panie, zapraszam... mam wszystko, czego trzeba, proszę spojrzeć... coś w sam raz dla takiego młodego, zdolnego czarodzieja... - Głos był melodyjny, całkiem miły dla ucha, głęboki jak szyby kopalni i intensywnie oleisty. Docierał wszędzie, dobitnie i dosadnie. Sprzedawca kusił jak umiał. Handlował magicznymi rzeczami. Pośród zwierciadeł zamieniających myśli w obrazy, zasuszonych nietoperzy sprzedawanych jak suche bukiety i żabich oczu pływających setkami w zielonych, omszałych słojach, dostrzegłem z pozoru niczym się nie wyróżniającą srebrną bransoletkę. Składała się z cienkich płatków czystego, niemal mlecznego srebra, połączonych złotym łańcuszkiem grubości włosa. Rzuciłem szybko czar rozpoznający i zachwyciła mnie wiśniowa barwa emanująca z bransoletki. Musiała posiadać potężną magię, lecz aby dokładnie zbadać jej właściwości musiałbym ją zakupić i przeprowadzić szereg żmudnych analiz w moim laboratorium ukrytym w środku lasu, kilka dni drogi stąd. Postanowiłem więc posłużyć się fortelem...
- Czcigodny panie Borombur - misternie wycyzelowana tabliczka wisząca obok straganu informowała wszystkich zainteresowanych o imieniu krasnoluda - ile motylich skrzydeł zatopionych w bursztynie godzien byłby pan przyjąć za to fascynujące zwierciadło pokazujące lokację Zagubionych Drobiazgów? - Krasnolud spojrzał na mnie uważnie i zmrużył oczy, a następnie zaczął memłać coś pod nosem, po czym głośno odchrząknął i tubalnym głosem odpowiedział:
- Nie mniej niż osiemdziesiąt pięć bursztyniaków...
- Osiemdziesiąt pięć?? -
krzyknąłem, teatralnie rwąc sobie włosy z głowy, a następnie zacząłem przewracać oczyma i kołysać się lekko z boku na bok - Toż to fortuna, panie Borombur!! W życiu nie widziałem takiej ilości bursztyniaków na oczy, nie mówiąc o dysponowaniu taką sumą... hmmm.... a co by pan powiedział gdybym ofiarował panu ten oto fascynujący słój pełen zeszklonych łez feniksa o leczniczych właściwościach, no i na dokładkę czterdzieści bursztyniaków - w zamian za zwierciadło...
W tym momencie krasnolud zrobił coś, czego krasnoludy zazwyczaj nie robią - uronił dwie wielkie łzy i szarpnął się za brodę dwoma dłońmi wielkimi niczym bochny.
- Pan chce mnie doprowadzić do ruiny... moje biedne dzieci, co one będą jeść, małe słodkie krasnoludziątka... gdyby pan widział ich stópki, dopiero co pokrywające się meszkiem, te gulgoczące maleństwa z dyndającymi brzuszkami i miękkimi, jasnymi bródkami... Matka zmarła w połogu, bo połknęła brodę... Jak pan może taką propozycję wysuwać... niech będzie słój i 60 bursztyniaków w zamian za zwierciadło - Krasnal uspokoił się nagle i spojrzał na mnie bystro.
- Jak pan może, panie Borombur!! Mój ojciec, stary rybak, złowił niegdyś wielką rybę, a w jej brzuchu znalazł czarną perłę, którą sprzedał i wysłał mnie do szkoły magii, bo wcześnie okazałem talent ku temu... wszystko co mam, zarobiłem udzielając korepetycji wściekłym bachorom bogaczy, a pan chce mnie pozbawić oszczędności zbieranych żmudnie przez lata z powodu jednego malutkiego zwierciadełka... wstydziłby sie pan, panie Borombur, wstydziłby się pan... niech będzie pięćdziesiąt pięć busztyniaków i słój łez feniksa, ale tylko pod warunkiem, że dołoży pan do zwierciadła tę nic nie wartą srebrną bransoletkę... z pewnością wcisnął ją panu jakiś chochlik...
Krasnolud odchylił się do tyłu, sapnął raz i drugi, wodząc wzrokiem pomiędzy bransoletką, zwierciadłem i mną, aż w końcu mrugnął potężnie powiekami i z szerokim, szczerbatym uśmiechem wyciągnął do mnie krótkie ręce.
- Zgoda!! - Wykrzyknął, wyraźnie zadowolony z transakcji. Oddałem mu słój i odliczyłem obiecaną sumę bursztyniaków z wysłużonego, skórzanego mieszka. Wziąłem bransoletkę i zwierciadło i poszedłem kawałek dalej, myszkować po innych straganach.
Snułem się po magicznym jarmarku jak cień, ciesząc się zapachami i muzyką wygrywaną przez bandę zielonych skrzatów na trąbkach zrobionych z tulipanów i bębnach skonstruowanych z migoczących czarno granatowo pancerzy chrząszczy. Minąłem stragan, na którym trzy smoki w kucharskich fartuchach prowadziły małą gastronomię, zionąc ogniem na smakowicie pachnące, wielkie grzyby o brązowej, zapewne chrupiącej skórce. Skusiłem się na jednego i spacerowałem dalej, pogryzając od czasu do czasu, a tłuszcz kapał mi na palce. Oczywiście pobrudziłem niebieską szatę czarodzieja, którą odebrałem rano od znajomej wróżki. No cóż, tak bywa - pomyślałem sobie.
W pewnym momencie moją uwagę przyszpilił mały, niepozorny straganik. Szkielet konstrukcji wykonany był z sękatych, bulwiastych lasek zwieńczonych kryształowymi, kolorowymi oczyma na szypułkach, a ściany utkane miał z zielonej materii przypominającej pajęczynę. W głębi tego dosyć mrocznego straganu dostrzegłem niezwykłą istotę, od stóp do głów omotaną pasmem czarnej niczym bezgwiezdna noc tkaniny. Z wnętrza mrocznego kaptura fosforyzowały lekko ukośne, owalne oczy, podczas gdy reszta oblicza była niewidoczna. Lada, zapełniona u innych sprzedawców rozmaitościami, u tego dziwnego stworzenia była pusta. Poczułem ukłucie niepokoju i jednocześnie niezwykłą pokusę, aby zatrzymać się i uchylić rąbka tajemnicy... Podszedłem więc wolnym krokiem, nerwowo spoglądając na wszystkie strony. Nie wiem dlaczego, ale poczułem się dziwnie. Jakby sam fakt istnienia tego straganu plugawił me myśli. Zauważyłem, że trawa, rosnąca zdrowymi, prężnymi kępkami w innych miejscach, tutaj była wyschnięta i pożółkła, jakby zbyt długo wystawiona na działanie palącego słońca. Jednocześnie to miejsce magnetycznie przyciągało, niczym oczy pięknej, złej kobiety, patrzącej w kuszący sposób. Bezwolnie podszedłem do straganu.
- Co sprzedajesz..? - chciałem zapytać całkiem głośno i pewnie, jednak mój głos zabrzmiał dziwnie piskliwie i fałszywie, zupełnie jakby wsiąkał w pajęcze ściany. Wszystkie oczy osadzone na szypułkach obróciły się w moją stronę i spojrzały badawczo, jak na ciekawego insekta. Poczułem wszechogarniające zimno, cierpliwie wysysające ciepło z mojego ciała.
- Jestem handlarzem uczuć... sprzedaję także marzenia i gdzieś znalazłbym flakonik Świętego Spokoju... może też kilka Okruchów Prawdy... Chcesz coś kupić? - Ostatnie zdanie stworzenie wysyczało miękko, słowa niemal namacalnie wżarły mi się w tkaninę umysłu i splątały moje myśli w lepkie kłębki nieokreślonego kształtu.
- Tak...- odszepnąłem, pozbawiony resztek woli.
- Coś konkretnego...?
- Troszkę szczęścia i flakonik Świętego Spokoju... no i może kilka Okruchów Prawdy...
Stwór hipnotyzował mnie, kołysząc się w takt niesłyszalnej dla mnie muzyki.
- Niestety szczęścia ci sprzedać nie mogę... gdyż to jedyna rzecz na świecie której nie można kupić. Szczęście to stan, bardzo ulotny, jak promień słońca przebijający się przez gęste chmury, jest niczym wiatr, nieuchwytne i niematerialne... jak srebrzysta przyprawa, dodaje smaku pięknym momentom. Jest na tyle subtelne, że odnaleźć je najczęściej możemy tylko we wspomnieniach? gdy go smakujemy, często nie jesteśmy tego świadomi.
- A Święty Spokój?

Stwór wyciągnął spod lady świecącą jasno kryształową fiolkę. W jej wnętrzu przelewał się oleisty, niebieski płyn.
- To jest wydestylowany, wysoko stężony arszenik. Najpewniejsza trucizna, działa szybko i zapewnia natychmiastowo Święty Spokój tobie, lub temu, komu ją zaaplikujesz. Tak naprawdę Świętego Spokoju nie uświadczysz nigdy? chyba, że po śmierci, a nawet to nie jest pewne?
Coraz mniej mi się podobał ten stragan, ta aura? prawdziwości i realności, jak chrzęst ziemi na kromce chleba posmarowanej masłem? To miejsce i ten stwór zupełnie tu nie pasowali. Spojrzałem nowym wzrokiem na smoki w fartuchach, skrzacią orkiestrę? to jawiło się takie blade i błahe, jak sztuczne kwiaty, krzykliwie i fałszywe. Nawet takim trudem zdobyta bransoletka wydała mi się być niczym więcej niż ładnym kawałkiem metalu.
-To ja podziękuję za Święty Spokój? Uświadomiłeś mi, że tak naprawdę, to wcale go nie potrzebuję? a Okruchy Prawdy?
Stwór pogmerał w fałdach szaty, a po chwili wyciągnął na ladę mały mieszek z czerwonej skóry. Wysypał na blat garść lśniących, ostrych kryształków. Niektóre były czerwone, inne jadowicie żółte, kilka kojąco zielonych i jeden szafirowy, głęboko niebieski.
- Prawda nie zawsze jest tym, co chcemy smakować. Rzeczywistość może cię zawieść, gdy gorzki smak spłynie w dół twojego gardła, poczujesz rozterki, zachwiania, niepewność? To, co sobie wyobrażasz, jest równie prawdziwie i ważne jak to, czego możesz dotknąć? a jednak jest niematerialne. To jednak nie umniejsza jego znaczenia. Rzeczywistość jest tak naprawdę mieszaniną wyobraźni i materialnego świata, mylnie określanego przez większość istot właśnie rzeczywistością, realnością. Ludzie, skrzaty, orki, gobliny, elfy - wszyscy targani są sprzecznymi odczuciami. Niektórzy wybierają ścieżkę zupełnej iluzji i wymysłów, zaprzeczając istnieniu materii. Inni znowu wolą skierować stopy ku zimnej logice, twardo stąpać po ziemi i zaprzeczają duchowości, nawet jeśli czują ją głęboko w sobie. Myślę, że jeszcze parę tysięcy lat i podzielimy się do tego stopnia, że nasz świat rozerwany będzie na dwie części, współegzystujące ze sobą, lecz mimo to odrębne? w jednej będą żyć zwolennicy materii, w drugiej poplecznicy iluzji?
Słuchałem słów tajemniczego stworzenia i rozmyślałem nad ich sensem. Rozumiałem i czułem to, co chciał mi przekazać, że to miejsce, ten stragan, wcale nie jest zły. Jest po prostu inny, jest odbiciem lęków, pragnień, jest odzwierciedleniem tego, czego nie rozumiemy. Czego szukamy. Ukłoniłem się z szacunkiem mądremu stworzeniu o świetlistych oczach, kładąc na blacie srebrną bransoletę zakupioną wcześniej u krasnoluda. Zakutana w ciemną materię postać skinęła lekko głową i schowała z powrotem do mieszka barwne klejnoty. Bransoleta z cichym sykiem wsiąknęła w blat, zupełnie jakby był wykonany z płynnej lawy.
- Dziękuję -] powiedziałem. Mój głos wrócił do normy, a nawet, powiedziałbym, stał się mocniejszy, głębszy.
-Odejdź w pokoju, młody człowieku. Jeszcze długa ścieżka przed tobą? myśl dużo i rób dużo. I nie zapominaj o harmonii. Żegnaj. - To powiedziawszy, wyszeptała kilka tajemniczych słów, wykonując do tego skomplikowane gesty obiema rękami. Z ziemi uniósł się wir ziemi i świecącego pyłu, a gdy opadł w dół, w miejscu straganu ziała dziura porośnięta jaskrawozieloną trawą.
W szeregu straganów wyglądało to jak szczerba w uśmiechu pięknej dziewczyny. Ale nikt, prócz mnie, nie zwrócił na to zniknięcie uwagi. W takim miejscu jak Jarmark Czarów nagłe znikanie i pojawianie się dziwnych rzeczy jest całkiem normalne.
Westchnąwszy, poszedłem miedzianą ścieżką, wychodzącą z jarmarku i wijącą się leniwie aż pod sam las. Leniwym gestem wyczarowałem świetlika, by rozjaśniał mi drogę po opuszczeniu kolorowej wioski. Wędrowałem ze spokojnym sercem po krętej drodze i dalej, pośród wielkich drzew, cierpliwie pochylających się nad wydeptanym szlakiem. W pewnym momencie klepnąłem się w kieszeń szaty i uświadomiłem sobie, że zgubiłem gdzieś mały drobiazg - Zwierciadło do Odnajdywania Drobiazgów. Uśmiechnąłem się pod nosem i ruszyłem dalej. Mimo tego, że nie wyniosłem z jarmarku nic materialnego, oprócz plam na szacie po pysznych pieczonych grzybach, to słowa, które usłyszałem, wciąż tętniły mi w głowie i otwierały nowe przestrzenie dla myśli. Zatopiłem dłonie w obszernej szacie i szedłem dalej, zmierzając spokojnie do swojej magicznej pustelni na granicy Tu i Teraz z Tam i Kiedyś.


KOMENTARZE:

Tylda (~) oznacza podpis osoby niezarejestrowanej.


2010-06-08 13:20    IP: 89.74.132.124


wow trochę dużo ;)
--
~Niki


DODAJ KOMENTARZ

Pola oznaczone gwiazdką są obowiązkowe

Podaj swoje imię*:
Podaj swój adres email:
Zapisz słownie cyfrę 3*:



Zawarte tu prace moża wykorzystywać tylko za wyraźną zgodą autorów | Magor 1999-2018 | Idea, gfx & code: Vaticinator | Twoje IP: 54.82.7.231