autor pracy:
Nevermore


data zamieszczenia: 05-11-2009
inne prace autora:
Nie masz jeszcze swojego konta? Zarejestruj się. Po pierwsze
podaj swój nick:
Wróc do menu: opowiadanie

Czas cienia
    Przybył z południa. Zawsze przybywają z południa. Wiedzeni swoim instynktem, powołaniem, misją i bogowie wiedzą czym jeszcze. Nie wiem, czego tu szukają, ale musi mieć to związek z mrocznymi pomiotami, od których aż roją się pobliskie lasy i jaskinie. Zjawiają się tu coraz rzadziej, ale nadal przybywają. Ja zaś ich znajduję. W różnym stanie.

* * *


    Zmierzch powoli rozlewał się po lesie mętną szarością, zwiastując nadchodzącą noc. Mroźny wiatr hulał w nagich koronach drzew, szumiąc niespokojnie, pod stopami chrzęścił miękko świeży śnieg. Zima przybyła wcześnie. Z roku na rok pogoda stawała się coraz bardziej nieprzewidywalna i niestabilna. Tak jakby plaga pomiotu zdołała zatruć nie tylko okoliczną przyrodę. Była jak jątrząca się rana całej Natury.
    Samotna postać przedzierała się niespiesznie przez ogołocone z większości liści krzaki i zarośla. Krępy, przygarbiony mężczyzna poprawił kaptur, chroniąc się przed przenikliwie mroźnym wiatrem. Pochylając się nad jednym z krzewów, zdjął skórzane rękawice i zerwał jeden z niewielu ocalałych liści. Delikatnie przesunął po nim palcem, po czym rozgryzł go i zaczął żuć. Mocny aromat przedostawał się do nozdrzy, łagodnie i przyjemnie je drażniąc. Mężczyzna kończył zrywać ostatnie liście, gdy nagle powietrze wypełniło dziwne, niesprecyzowane wrażenie. Przez dłuższą chwilę nasłuchiwał, nie wydając z siebie najmniejszego dźwięku, po czym żwawym krokiem ruszył przed siebie.
    Ciemność objęła już las, a słabe promienie księżyca nie były w stanie rozjaśnić nocy. Jedynym źródłem światła był migoczący w oddali pomiędzy drzewami blask ogniska. Stamtąd też dochodziła mieszanina odgłosów. Szczęk metalu przeplatał się ze wściekłymi okrzykami i nienaturalnym rykiem. Odgłosy stawały się coraz wyraźniejsze, w miarę jak mężczyzna zbliżał się do skraju polany, na której dostrzegł kilka ruchomych sylwetek na tle ognia. Chrzęst śniegu i szelest zarośli, przez które się przedzierał ginął wśród otaczającego je rwetesu. Pomiędzy drzewami i krzakami znalazł miejsce, z którego mógł przyjrzeć się sytuacji. Poprawił pas i ścisnął w garści długi, myśliwski nóż.

* * *


    Mężczyzna odziany w srebrną zbroję, niegdyś zapewne błyszczącą, teraz zaś zbrukaną krwią i pyłem, dyszał, wymachując swoim półtorakiem. Chociaż nie wydawał się być zbyt stary, sieć blizn przecinających jego twarz i ręce sugerowała, że niejedno już przeżył. Cięciem na odlew zmusił dwójkę swoich przeciwników do ustąpienia o krok. Potrzebował chwili, by złapać oddech. Dwa hurloki, chociaż w nieco lepszym stanie, również odczuwały skutki długotrwałego starcia. Znów wrócili do fazy mierzenia się wzrokiem i wyczekiwania dobrego momentu do uderzenia. Mężczyzna zataczał powolne koło wokół ogniska, nie chcąc oddalać się od niego zbyt mocno. Przeciwnicy znacznie lepiej od niego widzieli w ciemności, a on nie miał zamiaru pozwolić im wykorzystać tej przewagi. Mimowolnie rzucił szybkie spojrzenie dookoła, oceniając sytuację. Pięć trucheł potworów ścieliło polanę. Brudna, ciemnobrunatna krew mieszała się z ziemią, cuchnące trzewia wypełniały powietrze nieznośną wonią. Hurloki odstąpiły od siebie, zbliżając się z dwóch stron. Mężczyzna cofał się, próbując nie dać się oflankować. Przy kolejnym kroku nastąpił na coś i odruchowo spojrzał pod siebie. Zwłoki niewysokiego, krępego i tęgiego krasnoluda. Jego napierśnik zdobił symbol gryfa. Człowiek, widząc swojego niedawnego towarzysza broni, zawahał się na ułamek chwili. To wystarczyło. Zanim zrozumiał swój błąd, dwójka napastników była już tuż przy nim. Ledwo udało mu się sparować pierwszy cios, jednak impet zachwiał nim. Drugi hurlok nie czekał, cios dosięgnął go w bok, zanim zdążył jakkolwiek zareagować. Zbroja ochroniła przed rozpłataniem, jednak żebra odezwały się tępym bólem. Mężczyzna wiedziony bitewnymi odruchami, nie myśląc już o swoich poczynaniach, zwinnie uniknął kolejnego ciosu odstępując w przeciwną stronę. Wyprowadził udaną kontrę nisko po udach, zwijając się do sparowania ciosu drugiego przeciwnika. Ból szarpnął nim znienacka, wymusił spowolnienie obrotu, a następnie w nowej postaci rozlał się obezwładniającą falą po całym ciele. Mięśnie odmówiły posłuszeństwa, widok zaczął się rozmywać i przyciemniać. Ostatnie, co zobaczył, to sylwetka hurloka wyszarpującego ostrze z jego ciała.

* * *


    Zaczynało już świtać. Młodszy mężczyzna leżał na niedźwiedzich skórach, nieopodal paleniska. Owinięty przesiąkającymi już krwią płóciennymi szmatami, wił się i syczał, podczas gdy starszy smarował jego rany dziwną maścią. Kociołek nad ogniem bulgotał, rozlewając po izbie mocny, ziołowy zapach. Starzec wygrzebał z sakwy kilka niepozornie wyglądających korzonków, po czym roztarł je w glinianej misce i dorzucił do gotującego się naparu. Zaczerpnął nieco do kubka i odczekał, aż wystygnie na tyle, by nie parzyć. Pomógł swojemu rozgorączkowanemu gościowi dźwignąć się nieco, tak aby ten mógł się napić. Po kilku łapczywych łykach, ułożył go z powrotem na posłaniu i przykrył skórami. Mężczyzna zdawał się nieco spokojniejszy. Zabiegi starca uśmierzyły ból na tyle, by mógł zasnąć.

* * *


    Przybywają, a ja ich znajduję. W różnym stanie. Jedyne, co mogę zrobić dla niektórych, to zakopać ich pod starym dębem, a i to przy założeniu, że ich pozostałości są we względnej całości. Czasem jednak nawet nie ma co z nich zbierać. Dla niektórych bogowie są na tyle przychylni, że znajduję ich żywych. Wtedy mogę pomóc im swoimi umiejętnościami. Jedno natomiast nigdy się nie zmienia. Żaden z nich nie opuścił tych okolic żywy. Uczyłem się zielarstwa całe życie, jestem w stanie uleczyć niemal każdą dolegliwość, niemal każdą ranę, ale te zadane przez pomiot nie są zwykłymi ranami. Zatruwają nie tylko ciało. Zatruwają całą istotę człowieka i jątrzą się w jego umyśle. Dlatego najlepsze, co mogę dla nich zrobić, to uśmierzyć ich ból i skrócić cierpienia.

* * *


    Starzec skończył usypywać kopiec, po czym wbił w niego miecz nieszczęśnika, który pod owym kopcem spoczął. Otrzepał spodnie i odszedł. Odwrócił się jeszcze, aby rzucić ostatnie spojrzenie. Do tuzina pokrytych śniegiem kopców, udekorowanych mieczami, toporami i tarczami, dołączył kolejny. Mężczyzna wiedział, że to nie ostatni. Przybędzie ich więcej. Zawsze przybywają.


KOMENTARZE:

Brak komentarzy


DODAJ KOMENTARZ

Pola oznaczone gwiazdką są obowiązkowe

Podaj swoje imię*:
Podaj swój adres email:
Zapisz słownie cyfrę 2*:



Zawarte tu prace moża wykorzystywać tylko za wyraźną zgodą autorów | Magor 1999-2018 | Idea, gfx & code: Vaticinator | Twoje IP: 34.239.179.228