autor pracy:
Moraina


data zamieszczenia: lata temu
inne prace autora:
losowe inne prace z tej kategorii:
Nie masz jeszcze swojego konta? Zarejestruj się. Po pierwsze
podaj swój nick:
Wróc do menu: opowiadanie

Improwizacja surrealistyczna
"Kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat sprzyja potajemnie twojemu pragnieniu" -Paulo Coelho

Improwizacja surrealistyczna

Muzyka z płyty urwała się w trakcie tego fragmentu piosenki, który Wera wprost uwielbiała. Ze zdziwieniem i irytacją otworzyła oczy, po czym szybko zamknęła je, oślepiona światłem lampy. Kto zapalił światło? Oczywiście tylko jedna osoba mogła wejść do jej pokoju, wyłączyć jej ukochaną muzykę i przy tym nie odezwać się ani słowem. Tylko Agatka, jej młodsza siostra.
Wera z pomrukiem niezadowolenia odwróciła się na bok, niespiesznie usiadła i spojrzała na dziewczynkę mrużąc oczy. Cały dzień działo się z nią coś dziwnego, zauważyła to już na przerwie w bufecie szkolnym. Jej siostra stała przy oknie z niewinnym uśmiechem, a jej złociste loczki lśniły w obrzydliwym, nienaturalnym świetle lampy. Wera przy nim czytała, uczyła się i nigdy go nie unikała, ale nie zmieniało to jej opinii o sztucznym świetle. Było brzydkie.
-Agata, idź stąd - powiedziała, nie siląc się na uprzejmy ton. Ale jej siostrzyczka uśmiechnęła się tylko szerzej i tęsknym wzrokiem popatrzyła za okno.
-Chciałabym zobaczyć, jak spełniają się marzenia ludzi - stwierdziła rozmarzonym głosem. Wera westchnęła, przeciągając się.
-Ja też - odparła, czując przypływ tej dziwnej melancholii, której ostatnio doświadczała bardzo często. Jej życie było tak monotonne. Szkoła, powrót do domu, lekcje do odrobienia... I świadomość, że w przyszłości nie będzie lepiej, bo potem pójdzie na studia, a jeszcze później do pracy. Wiedziała, że pora, by trochę odsunąć marzenia, ale zupełnie nie miała na to ochoty.
-To czemu nic nie robisz? - zapytała Agatka. Na jej dziecięcej, pełnej wiary twarzyczce malowało się szczere zaskoczenie. - Przecież możemy to zobaczyć. Możemy. Czy to nie piękne?
-A co...? - zaczęła zmęczonym głosem, jednak nie dokończyła, bo przerwał jej wysoki, pełen podniecenia krzyk Agaty.
-Wera! Wera, zobacz! - Dziewczyna podeszła do okna, by uspokoić siostrę. A gdy wyjrzała, nie umiała już oderwać wzroku od czarnego, nocnego nieba. Nie zwracała uwagi na bloki i drzewa, widziała tylko nieskończoną, ciemną przestrzeń, bo przecież wszechświat ciągnie się w nieskończoność. I gwiazdy, które zamiast tkwić na swoich miejscach, dawać natchnienie poetom i lśnić, jako oczy kosmosu niegdyś wskazujące drogę żeglarzom, teraz opadały z nieba złocistym deszczem. Połyskiwały na tle atramentowego nieba powoli zsuwając się coraz niżej i niżej.
Wera patrzyła, przytulając do siebie Agatkę i nie mogła oderwać wzroku. Coś się zmieniało, jej marzenia były bliżej niż kiedykolwiek. Miała wrażenie, że znajdują się za cienką, przezroczystą zasłoną. Że wystarczy wyciągnąć rękę, by poczuć ją pod opuszkami palców, uderzyć mocniej, by rozpadła się na miliony kawałeczków. I uniosła przed sobą dłoń, ale nie poczuła niczego. Coś, może jej podświadomość, a może jakaś inna, nieznana siła, pokierowała nią tak, że otworzyła okno na oścież. Agatka cofnęła się nieco, ale jej błękitne oczy wciąż lśniły zachwytem.
Powietrze, które wdarło się do pokoju było ciepłe, słodkie i rześkie. Wera rozłożyła szeroko ręce, czuła jak jej włosy tańczą na wietrze, który tak delikatnie, wręcz czule pieścił jej twarz. Przymknęła oczy i stanęła na parapecie, nie zdając sobie sprawy z tego, co robi. Jakaś jej cześć krzyczała ostrzegawczo, ale zagłuszył ją śpiew wiatru spleciony z cichą, ale słyszalną pieśnią spadających gwiazd, które wołały. Wołały tych, którzy je kochali. Wszystkich marzycieli, wszystkich wyróżniających się z tłumu.
Teraz dziewczyna szeroko otworzyła oczy, a jej spojrzenie napotkało opadającą łagodnym łukiem gwiazdę. Czy to była ta, która świeciła dla niej? Czy po prostu jedna z wielu, przypadkowa? Wera uśmiechnęła się do jej bladego światła, wspięła się na palce i skoczyła z parapetu, w oddali słysząc jeszcze pełen przerażenia krzyk Agatki. Jednak zamiast spaść w dół, zaczęła lekko unosić się w powietrzu, a ziemia przybliżała się bardzo powoli. Zawsze zadeptana i sucha trawa rosnąca pod oknem Wery, teraz była świeża i bujna. Dziewczyna poczuła to, gdy jej bose stopy w końcu dotknęły podłoża. I roześmiała się radośnie.

Dwa piśnięcia, krótka przerwa, dwa piśnięcia, krótka przerwa, dwa... Wera w końcu wymacała ręką budzik i wyłączyła go, wiedząc jednak, że musi wstać. Usiadła na łóżku, wciąż nie odkrywają kołdry i przeciągle ziewnęła. Taki piękny sen... Chciałaby położyć głowę na poduszkę, opuścić powieki, na powrót ujrzeć te wszystkie obrazy. Nie, powiedziała sobie w myślach i zdecydowanie podniosła się z łóżka.
Jak co rano upiła niewielki łyk kawy z mlekiem, przymykając oczy, by przywołać wspomnienie snu, ale pamiętała tylko niewyraźne obrazy. Chciałaby przypomnieć sobie wszystko, albo na dobre się rozbudzić, bo jak na razie miała wrażenie, że trwa gdzieś pomiędzy jawą a snem.
Gdy wyszła, na zewnątrz było jeszcze ciemno ale niebo powoli się rozjaśniało. Na namiastce trawnika przed blokiem jak zwykle leżało mnóstwo niedopałków, kawałków potłuczonego szkła i innych śmieci. Westchnęła ciężko. Ulicę już przemierzały dziesiątki samochodów. Wera zapatrzyła się przed siebie, w ich migające światła. Wciąż szła do przodu, ale całkiem nie patrzyła pod nogi, dlatego w pewnej chwili potknęła się i upadła.

Upadła na miękką, pachnącą trawę. Obok niej siedziała Agatka i wpatrywała się w spadające gwiazdy. Uśmiechała się radośnie, jej oczy lśniły jakimś dziwnym, ale bardzo ładnym światłem.
-Udało się, Wera - powiedziała dziewczynka. - Jest pięknie. Cudownie. Jest tak, jak chcą ludzie. - Jej siostra tylko pokiwała głową i zapatrzona w niebo ruszyła przed siebie. Agata dreptała przy niej, raz po raz wzdychając z zachwytem.
Wyszły na ulicę, na której nie było teraz ani jednego samochodu. Po asfalcie tańczyły płomienie, które jednak nie robiły nikomu krzywdy, lecz odmieniały świat. Modyfikowały wszystko, tak by stało się równie piękne, jak marzenia. By stało się marzeniem. Nagle Wera spostrzegła swoją przyjaciółkę Hankę galopującą na grzbiecie gniadego rumaka między płomieniami. Zawsze kochała jazdę konną.
Spostrzegła Werę i roześmiała się radośnie, mrugając do niej, po czym ruszył w stronę pobliskiego parku. Kiedyś był tam park, w co zmienił się teraz, dziewczyna mogła się tylko domyślać. Chciała dogonić Hankę i puściła się biegiem, zostawiając Agatkę plotącą wianek z wyrastających w gęstej trawie błękitnych kwiatów.

Wera podniosła się i otrzepała ze złością. Bolało ją kolano, na które upadła. Na szczęście w nocy nie padał deszcz, więc chodnik był suchy. Przetarła oczy, chcąc odpędzić resztki snu. Czuła się tak, jakby dopiero co się obudziła. Jakieś obrazy chodziły jej po głowie, powieki same opadały. Tak przyjemnie by było położyć się na łóżku, naciągnąć na siebie kołdrę i pójść spać...
Gdyby zastanawiała się nad tym chwilę dłużej, nie zdążyłaby dobiec do autobusu. Wskoczyła w ostatniej chwili, drzwi zamknęły się tuż za nią. Zdyszana postawiła plecak na podłodze i wyjrzała przez okno. Niebo powoli się rozjaśniało, światła samochodów nie lśniły już tak jasno, blask neonów też nie wydawał się tak agresywny jak w nocy. Na przystankach autobusowych i tramwajowych stały tłumy ludzi. Miasto budziło się do życia, a jego mieszkańcy jak co dzień udawali się w podróż do szkoły lub pracy.
Wera zrezygnowała z oglądania obrazów, które w żaden sposób nie zmieniły się od wczoraj i zaczęła przyglądać się ludziom w autobusie. Przerażająca większość była szara i jednakowa, lecz trzy osoby przyciągnęły jej wzrok.
Pierwszym był blondyn trzymający w rękach podręcznik do Dungeons & Dragons. Pewnie jeszcze jeden pasjonat RPG, taki jak wszyscy inni... Ona sama przestała grać jakiś rok temu. Nie bawiło ją to na tyle, by dalej to ciągnąć. Blondyn niewiele się różnił od członków jej byłej drużyny, a jednak coś sprawiło, że Wera przyglądała się chłopakowi przez dłuższą chwilę. Miał rozczochrane, półdługie włosy i ciekawy profil. Pozornie był taki, jak wszyscy, a jednak się wyróżniał.
Drugą osobą była ubrana na czarno dziewczyna trzymająca w rękach książkę. Chyba była to jakaś lektura szkolna. Nieznajoma nie czytała, lecz patrzyła w niebo dużymi, dziwnie smutnymi oczami. Wera przyglądała jej się, podczas gdy ona westchnęła, powróciła do książki, jednak chwilę potem jej wzrok uciekł gdzieś w bok, w chmury. Dziewczyna była bardzo ładna, choć smutna, jakby przepełniona tęsknotą. Wyglądała jak anioł wyrzucony z nieba, uwięziony pośród bloków i ulic. Anioł, któremu ucięto skrzydła, by nie mógł odlecieć na wolność.
Trzecia była dziewczyna w startych dżinsach i krótkiej, białej kurteczce. Włosy zaplecione miała w warkocz, na twarzy delikatny, jasny makijaż. Ale coś w jej oczach, a może w lekkim, smutnym uśmiechu błąkającym się w kącikach warg sprawiło, że zwracała na siebie uwagę. Bawiła się jakimś wisiorkiem ze srebra i po jednym spojrzeniu odnosiło się wrażenie, że rozpiera ją wewnętrzna energia. Ta dziewczyna miała coś, co dawało jej radość życia. Jakąś pasję, dzięki której w jej oczach błyszczały wesołe iskierki.

-Cześć Wera - zawołała Zosia. Dziewczyna odpowiedziała i usiadła na parapecie obok koleżanki. Hanka i Karina przyszły tuż przed dzwonkiem na pierwszą lekcję, przy czym ta druga od razu zaczęła narzekać, że się nie wyspała tylko po to, żeby przyjechać na angielski.
-A myślisz, że mnie chce się tu siedzieć? - spytała Zosia.
-Na pewno - odrzekła sarkastycznie Hanka, jednak nieco ciszej, gdyż pojawiła się nauczycielka. Jak zawsze na ustach nie miała nawet cienia uśmiechu, na wszystkich uczniów spoglądała z wyższością, jakby robiła im łaskę, że przychodzi na lekcję. Mogłaby nie przyjść, pomyślała Wera, nie tęskniłabym.
Siedziała w ławce, patrząc za okno, na kołyszące się na wietrze drzewa. Słońce oświetlało jasnozielone liście, część promieni wpadała do klasy, prosto na twarz Wery. Jej imię znaczyło prawdziwa, ale w takich chwilach dziewczyna czuła się całkiem oderwana od rzeczywistości. Światło słoneczne oświetlało jej twarz, wiatr szeleścił drzewami za oknem. W myślach siedziała na zielonej łące, a wokół unosił się zapach świeżej trawy i polnych kwiatów. Gdzieś dalej szumiał las, śpiewała woda w potoku...

Wbiegła do parku, a właściwie do miejsca, w którym kiedyś był park. Teraz lepszym określeniem byłby las i niewielkie polany. Wokół unosiła się woń igliwia, zapach puszczy. A jednak to nie było obce miejsce. Wyglądało jak najbardziej rzeczywiście, realnie. Tak jak ogniska płonące na ulicach i Hanka galopująca między nimi na koniu. Nawet bardziej niż jej szkoła, niż codzienne życie. Każdy kawałek tego lasu, każda cząsteczka unoszącego się tu powietrza oddziaływała na jej ciało, dawała się wyraźnie poczuć.
Tam, gdzie kiedyś było boisko do siatkówki, teraz też grano. Kilkoro ubranych na sportowo ludzi rozgrywało mecz na jednej z polan. Wszyscy poruszali się zwinnie, z gracją, a piłkę przebijali z niezwykłą siłą. Urodzeni sportowcy. Nie, oni stali się tacy przez zamiłowanie do siatkówki. Chcieli być urodzonymi sportowcami i byli nimi w tej rzeczywistości. Prawdziwej? Wyśnionej? Nie, nie mogła być przecież tylko wytworem jej umysłu. Wtedy nie spotkałaby spoconych ludzi w sportowych strojach uprawiających ten sport, którego ona sama nienawidziła. Nie stałaby patrząc na nich i czując przy tym szczęście i radość wypełniające okolicę.
Poszła w stronę jeziorka. Kiedyś było to zwykłe, parkowe bajorko, w którym kąpały się psy, do którego wrzucano niedopałki i puszki po piwie. A teraz... Teraz, choć było ciepło, Wera zobaczyła przejrzystą, zamarzniętą taflę. Po niej ślizgały się łyżwiarki w kolorowych kostiumach. Niewiarygodnie równo wykonywały piruety, wyglądały jak zjawy, zwiewne duchy widziane we mgle. Przyglądało im się kilka osób, na ich twarzach malował się zachwyt. W powietrzu rozbrzmiewała delikatna, lecz przejmująca muzyka. Wera nie mogła doszukać się jejźródła, więc szukać przestała. Czy kiedy słychać tak piękną melodię, potrzebne jest jeszcze jakieśźródło?
Łyżwiarki jeździły w sposób całkowicie zachwycający i choć kilkoro ludzi je podziwiało one nie zwracały na nich uwagi. Wera nie mogła pozbyć się wrażenia, że jeżdżą tylko po to, żeby jeździć i czerpać z tego przyjemność. Uśmiechały się, wirując po lodzie, prawie dało się usłyszeć ich pełen radości śmiech. Ślizgały się po zamarzniętym jeziorze o krystalicznie czystej wodzie, wokół nich rozbrzmiewała muzyka, a drzewa szumiały jakby w jej rytmie.

Usypiający szum gałęzi został zmącony przez odgłos silnika przejeżdżającego obok szkoły samochodu. Wera zamrugała gwałtownie, odwróciła głowę, by spojrzeć na nauczycielkę i stwierdzić, że na lekcji nie wydarzyło się nic ciekawego. Tablica pokryta była zdaniami z ćwiczeń zadanych do domu. Ona sama nawet nie otworzyła książki, by je odrobić, ale niektórym nadal się chciało. Może wciąż wierzyli, że się czegoś nauczą.
Wera spojrzała na Karinę. Dziewczyna, owszem, miała otwarty zeszyt, a w nim właśnie powstawał rysunek przedstawiający białego konia i siedzącego na nim przystojnego, młodego mężczyznę z zakrzywionym mieczem przy boku. Jej książę na białym koniu, o którym marzyła, odkąd naczytała się baśni. Ale przecież to piękne opowieści, więc nie było w tym niczego złego. Wyobraźnia zawsze jest dobra, bo w niej spełniają się wszystkie pragnienia. A co może być lepsze?
W ławce za nimi Zosia cicho śpiewała jakąś piosenkę. Zeszyt miała zamknięty, w palcach obracała zielone pióro. Jedyną z ich czwórki, która bezmyślnie przepisywała zdania z tablicy, była Hanka. Pewnie nawet nie starała się ich zrozumieć, chociaż były proste. Pisała, żeby mieć notatkę i żeby móc się potem nauczyć. Albo udawać, że się uczy i próbuje mieć dobre stopnie. Żeby rodzice pozwalali jej jeździć konno.

Zosia rytmicznie stukała palcami w blat stolika. W bufecie atmosfera jak zwykle była przyjazna, choć wszyscy zachowywali się głośno. Część osób się uczyła, część przychodziła, by coś zjeść. Wera pochylała się nad kubkiem swojej ulubionej, różanej herbaty. Lubiła jej zapach, dlatego zwlekała z wypiciem pierwszego łyku.
-Chodźmy gdzieś dzisiaj - zaproponowała wesoło Karina, po czym wbiła zęby w całkiem czerwone jabłko, które pewnie specjalnie wybrała spośród tych, które miała w domu.
-Gdzie?
-No nie wiem... - odparła, gdy już przełknęła kawałek owocu. - Na czekoladę albo lody. Pospacerować. Gdziekolwiek - wzruszyła ramionami. Karina zawsze miała dużo czasu. Rysowała, czytała baśnie i legendy, chodziła na angielski i hiszpański, ale nic poza tym. Nie lubiła siedzieć w domu.
-Ja nie mogę - powiedziała Zosia, jednak bez żalu. - Mam lekcję śpiewu.
-Za to nie masz, mój ty słowiku, czasu dla nas - wytknęła jej z uśmiechem Wera. Przyjaciółka miała piękny głos, dobrze, że go doskonaliła. Ale cały czas? To już przecież obsesja.
-Ja to uwielbiam - zaprotestowała tamta. - Mogę iść gdzieś z wami jutro.
-Jutro to my mamy sprawdzian z fizyki - westchnęła Hanka. - Wolałabym, żeby nie było żadnego jutra.
-Albo żeby było inne - uzupełniła Karina.
-Nie pójdę nigdzie z wami, dziewczyny. Na piątą mam być w stajni, a poza tym akustyka wzywa - uśmiechnęła się. Odgarnęła za ucho ciemnobrązowe włosy, odsłaniając srebrny kolczyk w kształcie podkowy.
- No chyba że jutro rzeczywiście miałoby być inne. Jakieś przyjemniejsze, na przykład dzień wolny.
-Czasem zastanawiam się, jakby to było, gdyby zmieniło się wszystko. Gdyby było takie, jakie chcemy - powiedziała w zamyśleniu Wera, grzejąc dłonie o kubek. Herbata rozkosznie pachniała.
-Zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe - stwierdziła Zosia, skubiąc koniec kruczego warkocza.
-A może właśnie wtedy byłoby prawdziwe - odpowiedziała po chwili Karina. Skończyła jeść jabłko, wstała, wyrzuciła ogryzek do kosza, po czym znów usiadła przy stoliku i oparła głowę na łokciu. - To jak Wera, pójdziemy gdzieś razem?
-Jasne. Może Asia wybierze się z nami?
-No co ty? - wtrąciła Hanka, śmiejąc się. - Cara Giovanna i son cheri Pierre na pewno są już umówieni na dzisiaj. Jak na każdy inny dzień - zauważyła nie bez złośliwości.
-Pewnie tak - przyznała gładko Zosia, mrużąc niebieskie oczy. - Ale ja im zazdroszczę.
-Ty chcesz faceta, który będzie z tobą śpiewać, zamiast normalnie rozmawiać, więc się nie dziw, że takiego nie znalazłaś.
-Nie zamiast rozmawiać - sprostowała tamta, choć zarumieniła się lekko i było oczywiste, że nie jest do końca szczera. - Chcę, żeby umiał śpiewać. To i tak lepsze niż książę z bajki na białym koniu Kariny.
-Baśnie są piękne - odparła tamta, wcale się nie zrażając. - Tak jak marzenia. A marzyć mogę o czym mi się podoba.
-Ależ oczywiście, słońce - powiedziała z uśmiechem Wera. - Swoją drogę, wy macie jakieś niewyobrażalne wymagania. Ja chcę tylko, żeby ktoś mnie kochał.
-A ja, żeby do tego był przystojny - zakończyła Hanka i wszystkie cztery zaczęły się śmiać. Wera upiła łyk herbaty. Była pyszna, jak zwykle. Dziewczyna przymknęła oczy, by lepiej rozkoszować się zapachem.

Z gęstwiny drzew wyłonił się mały domek o białych ścianach. Dookoła niego rosły dzikie róże. Gdy spojrzała w niebo, ujrzała spadające gwiazdy. Opuściła wzrok i dopiero teraz w ciepłym świetle jakiegoś lampionu dostrzegła dwie sylwetki siedzące na ławce. Bez trudu rozpoznała Asię i Piotrka. Uśmiechali się do siebie, trzymali jakieś kartki, szeptali do siebie i co jakiś czas coś na nich zapisywali. Mieli spokój, tak jak zawsze chcieli. Wreszcie mogli być razem, pisać i czytać wiersze, cieszyć się pięknem natury. A otaczały ich ulubione rośliny Asi, dzikie róże.
Wera nie chciała im przeszkadzać, więc odeszła w głąb lasu. Drzewa i krzewy rosły tu naprawdę gęsto, musiała osłaniać się rękoma, by nie podrapać sobie twarzy. Zrobiło się jakoś ciemniej, poczuła irracjonalny niepokój. A może wcale nie był taki irracjonalny? W końcu była sama w prawdziwym, ciemnym lesie. Jakiś czas temu oszalałaby ze strachu.
Nagle z krzaków wyskoczyła jakaś pokraczna sylwetka i rzuciła się w jej stronę. Wera krzyknęła i odruchowo zrobiła krok do tyłu, wpadając na drzewo. Już miała rzucić się do panicznej ucieczki, kiedy gdzieś z boku, z lewej strony wyleciała niebieska, lśniąca kula i uderzyła w sylwetkę. Za nią podążyła strzała, a potem w krzaków wypadł mężczyzna z mieczem w dłoni i zadał ostateczny cios. Wera stała oszołomiona i patrzyła, jak w pole widzenia wchodzą jej jeszcze trzy osoby. Jeden nosił błękitną szatę, drugi miał łuk w ręku, trzeci chyba nie był uzbrojony. Przynajmniej na takiego nie wyglądał. Podeszli do niej, wszyscy czterej i wtedy poznała twarz łucznika. Widziała go jakiś czas temu, zdaje się, że szykował się do gry w RPG. No tak! Czarodziej, wojownik, tropiciel i pewnie łotrzyk. Cała drużyna. Tylko co oni tu robią? Tu? Czyli właściwie gdzie?
-Nic ci się nie stało, pani? - spytał mag, wyciągając do niej rękę.
-Nic, dziękuję - odpowiedziała, podając mu dłoń, a on ją ucałował. Przedstawił się jakimś dziwnym imieniem, tak samo inni. Musiała przyznać, że co do tego mieli fantazję. - Co to było?
-Ork - odrzekł łotrzyk. Wera zadrżała. Świat miał być piękny, jak z marzeń, więc bez orków i tym podobnych kreatur. Jak ktoś mógłby śnić o potworach? O co tu chodziło?
-Wybacz, pani... - odezwał się łucznik. - Co ty masz na sobie? - Wera najpierw bardzo się zdziwiła, ale potem zrozumiała, co miał na myśli. Oni wszyscy byli ubrani w stroje, jakie mogłyby nosić postaci, w które wcielali się podczas gry. Ona natomiast w wytarte spodnie i dżinsową koszulę.
-Ja... - zaczęła, ale nagle zorientowała się, że nie musi kończyć. Jej ubranie zmieniło się w niebieską suknię wiązaną z tyłu. Strój był, owszem, ładny, ale skąd się wziął? Zauważyła, że czarodziej mruga do niej porozumiewawczo.

Dzwonek zadzwonił, więc Wera szybko dopiła herbatę. Zdecydowanie działo się z nią coś dziwnego. Wyszły z bufetu, by udać się na lekcje muzyki, którą Wera i Karina lubiły, bo nie musiały nic robić, Hanka zaś nie znosiła, gdyż uważała, że traci czas. Za przedmiotem tym nie przepadała też Zosia, bo nie mogła znieść fałszowania reszty klasy. Tym samym stała się wyjątkiem, potwierdzającym regułę, że lubi się te przedmioty, z których ma się szóstki.
Dziś, ku wielkiej uldze Zosi, nie śpiewali. Nauczycielka opowiadała im o instrumentach, więc Wera wyciągnęła kartkę z segregatora i zaczęła rysować drzewo. Ołówek przesuwał się po papierze, a z pod niego wyłaniał się obraz. Tak jakby ten zwykły przyrząd do pisania posiadał dar tworzenia i mógł powołać do istnienia absolutnie wszystko. Przesuwał się, pozostawiając na kartce zdecydowaną, ciemną kreskę.

Pędzel ostrożnie, jakby z obawą posuwał się na przód, jednak spod niego wydobywały się najpiękniejsze barwy, jakie Wera w życiu widziała. Z każdym jego pociągnięciem na płótnie coraz wyraźniej ukazywał się dopracowany w najmniejszym nawet detalu wodospad i siedząca przy nim kobieta.
Jasnowłosa dziewczyna malowała, mrużąc oczy i co jakiś czas zerkając gdzieś przed siebie. Wera patrzyła na jej ręce z pomalowanymi na niebiesko paznokciami i pędzel stwarzający niepowtarzalny obraz.
Gdy po raz kolejny dziewczyna uniosła głowę, Wera podążyła za jej wzrokiem i spostrzegła pozującą do obrazu kobietę. Siedziała na kamieniu koło małego wodospadu, rude włosy opadały jej na plecy, tak jak w tle opadała kaskada wody. Jej twarz rozświetlał uśmiech, a Wera odniosła wrażenie, że ta kobieta wygląda znajomo, choć nie mogła sobie przypomnieć, gdzie ją widziała. Rozpoznała za to malującą dziewczynę. Widziała ją tylko raz, w autobusie, ale dokładnie zapamiętała jej pełne pasji, wiary we własną wyjątkowość i chęci życia oczy.
Odsunęła się cichutko, by nie zakłócić spokoju i ponownie weszła między drzewa. Chciała znaleźć jakąś ścieżkę, ale w zasięgu wzroku nie było niczego, co można by za nią uznać. Szła, delikatnie stawiając stopy na mchu. Wciąż miała na sobie sukienkę, choć był to najmniej praktyczny strój, jaki tylko umiała sobie wyobrazić.
Gwiazdy przestały już spadać z nieba, teraz wszystko zalewało światło księżyca. I dzięki jego promieniom Wera dostrzegła Karinę. Błąkała się po lesie kilkadziesiąt metrów dalej, też miała na sobie sukienkę, choć o wiele piękniejszą. Jej skronie ozdabiał srebrny diadem, włosy miała upięte w jakąś wymyślną fryzurę. Bała się, wzrokiem szukała drogi ucieczki. Wera zaczęła iść w jej stronę szybkim krokiem, chcąc ją pocieszyć i jednocześnie znaleźć towarzystwo w tym odmienionym świecie. Zdążyła przejść co najwyżej pięć metrów, kiedy usłyszała tętent końskich kopyt. Z drugiej strony, jakąś drogą, a niegdyś parkową alejką, do Kariny podjechał mężczyzna na białym koniu. Jej książę z bajki! Wera nie mogła w to uwierzyć, zatrzymała się wpół kroku i jak głupia przyglądała się im wytrzeszczając oczy. Dziewczyna przytuliła się do mężczyzny, potem oboje odjechali w dal na białym rumaku. Wera spostrzegła jeszcze, jak światło księżyca połyskuje za rękojeści zakrzywionego miecza, który ów książę miał przy sobie. Zupełnie jak na rysunkach Kariny.

Lekki wiatr, którego szeptom przysłuchiwała się na pierwszej lekcji, nadal poruszał gałęziami drzew, gdy Wera i Karina opuściły szkołę. Zauważyły opartą o ogrodzenie Asię. Jak zwykle włosy związane miała w koński ogon, ubrana była w spódnicę i wysokie buty. Widząc koleżanki z innej klasy uśmiechnęła się.
-Cześć dziewczyny - zawołała jak zwykle przepełnionym radością głosem.
-Hej - odpowiedziały, po czym Karina spytała - Chcesz iść z nami na spacer? - Asia przez chwilę się zastanawiała.
-Teraz? - zapytała, jednak nie dała im czasu na odpowiedź. - Teraz nie mogę, zaraz wyjdzie Piotrek. Idziemy gdzieś razem.
-Ton cheri? - odezwała się nie bez złośliwości Wera.
-Tak, złotowłosa. Pierre, mon cheri - odrzekła z nienagannym francuskim akcentem, uśmiechając się szeroko. Asię, uczennicę klasy humanistycznej poznały na obozie integracyjnym. Siedziała przed ich ośrodkiem na ławce i pisała wiersz, co jakiś czas spoglądając w skryte między koronami drzew słońce i wtedy jeszcze wcale nie zwracając uwagi na już zerkającego na nią ciekawie Piotrka. Giovanna, początkująca poetka kolekcjonująca muszelki i kochająca dzikie róże bardziej niż wszystkie inne kwiaty.
-No cóż, baw się dobrze - rzuciła wesoło Wera. Nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo ze szkoły istotnie wyszedł Piotrek, pasjonat języka włoskiego i, a jakżeby inaczej, poezji.
-Mia cara Giovanna - powitał Asię i ucałował ją w policzek.
-Pierre, mon cheri - odpowiedziała tak, jak zawsze. Byli dziwną parą. On często mówił do niej po włosku, ona do niego po francusku, ale doskonale się rozumieli. I chyba było im ze sobą dobrze.
-Andiamo, amore mio?
-Oh, bien sur - odparła, po czym spojrzała na koleżanki. - Pa, dziewczyny - rzuciła, nim ostatecznie oddaliła się, trzymając Piotrka za rękę. W przyszłości zamierzali wydać wspólny tomik wierszy. W chwili obecnej chcieli dobrze się bawić i być szczęśliwi. A patrząc na nich Wera nie mogła z czystym sercem powiedzieć, że ani trochę im nie zazdrości.

Na ulicy, niedaleko sklepu papierniczego, w którym Zosia często kupowała kolorowe długopisy i ołówki, które nieustannie gubiła, minęła je staruszka. Szła powoli, podpierając się laską, a jej twarz zniekształciły już liczne zmarszczki. Była wyniszczona i wyraźnie zmęczona, a z tym obrazem kontrastowały tylko jej szmaragdowe, wciąż młode i pełne życia oczy. Wera próbowała wyobrazić sobie, jak wyglądała ta twarz kilka dekad temu i niemalże zobaczyła ją przed oczami. Była piękna. I piękno nie opuściło tej kobiety, choć ona się zestarzała. Dziewczyna miała wrażenie, że ją zna, a przynajmniej już ją kiedyś widziała, ale przecież nie było to możliwe. Bo niby gdzie miałyby się poznać?
Trwało to mniej więcej dwie sekundy, potem Wera i Karina minęły staruszkę i ruszyły przed siebie ulicą, chcąc zjeść ciastko i napić się czegoś w ich ulubionej kawiarni, zanim wrócą do domów i zajmą się nauką do sprawdzianu z fizyki. Nie były tak ambitne jak Hanka, której nadal zależało na ocenach. Ale czy można było nazwać ambicją uczenie się tylko po to, by móc jeździć konno?

Wera zawsze uważała, że najlepszy sernik na świecie serwowany jest w tej kawiarni. W zamyśleniu jadła ciasto i popijała gorącą herbatę. Karina także się nie odzywała. Usta umazane miała bitą śmietaną z ptysia. Wera przyglądała się przyjaciółce przez dłuższą chwilę.
-Jak myślisz, prawdziwe jest to, co widzimy, czy to, w co wierzymy? - spytała, patrząc gdzieś w przestrzeń. Karina gwałtownie zamrugała, wzięła serwetkę i wytarła sobie usta.
-A skąd ja mam to wiedzieć? - zapytała zdezorientowana.
-Prawie każdy, kogo byś zapytała, odpowie, że nie wie, albo, że to, co widzimy. A jeśli tak nie jest? Przecież, kiedy naprawdę mocno się w coś wierzy, to może stać się prawdą.
-O czym ty gadasz? - Karina zmrużyła oczy. Ścisnęła szklankę w dłoni i wypiła duży łyk kawy.
-Zastanów się, kochana. Są ludzie, którym, na przykład, udaje się naprawdę wyczytać coś z kart Tarota. Niektórzy potrafią rzeczy uważane powszechnie za niemożliwe i nielogiczne. Dlaczego? Może dlatego że oni w to wierzą? Nam się nie udaje, bo wątpimy. Ale inni potrafią - mówiła, a w jej głowie pojawiało się coraz więcej poplątanych myśli. Wiedziała, że Karina zrozumie, bo zawsze się rozumiały, tylko nie chciało jej się zastanawiać, by wpasować się w tok rozumowania przyjaciółki.
-No dobrze, logika nas ogranicza, o to ci chodzi? Powinniśmy wznieść się ponad nią - powiedziała i ziewnęła. Pewnie jak zwykle pół nocy spędziła na rysowaniu i dlatego była niewyspana.
-Właśnie tak - zgodziła się Wera. - Sami się ograniczamy. A gdybyśmy faktycznie odrzucili te ograniczenia i uwierzyli, naprawdę uwierzyli w coś, co dla innych nie istnieje. Czy dla nas zaczęłoby to istnieć? A dla pozostałych ludzi?
-Nie obraź się, Wera, ale to się chyba leczy - uśmiechnęła się Karina. Wera szturchnęła ją lekko w ramię.
-Mówię czysto teoretycznie. Nie myśl przez chwilę o chorobach psychicznych - wypiła łyk herbaty, przyglądając się twarzy Kariny. - Gdyby jakaś osoba odrzuciła to, co my uznajemy za prawdziwe i naprawdę uwierzyła w coś innego, może byłaby w stanie zmienić świat.
-Tylko dla siebie, inni nadal widzieli by go takim, jakim jest. Ale zgadzam się, że mogłaby dokonać wielu rzeczy, których nawet sobie nie wyobrażamy. Nazwano by to pewnie wielkim zdolnościami paranormalnymi. Ale nikt nie dałby rady tego zrobić. Wszyscy zbyt mocno zakorzeniliśmy się w tej rzeczywistości - stwierdziła Karina. Przechodząca obok ich stolika kobieta w futrzanym płaszczu posłała im dziwne spojrzenie, które Wera złowiła jedynie kątem oka.
-Tak... - urwała na kilka sekund, miętosząc w palcach serwetkę. - Nasz własny umysł nas ogranicza.
-Cóż, nie my pierwsze tak twierdzimy - wzruszyła ramionami Karina. Dopiła swoją kawę i sięgnęła po plecak. - Chyba muszę już iść, bo w jednym Hanka ma rację. Nie można dostawać samych jedynek, czasem trzeba zdobyć ocenę, która pozwoli zdać do następnej klasy. Wera westchnęła tylko, ale też zaczęła się zbierać. Wyszły z kawiarni na cichą, spokojną uliczkę. Jakiś niesforny słoneczny promień przedarł się między budynkami i gałęziami drzew, by zaświecić dziewczynie prosto w oczy.

Gwiazdy świeciły na niebie, choć tak wiele z nich spadło na ziemię. Nadal lśniły tak liczne, jak nic innego na całym świecie. Wera wyszła z lasu, który niegdyś był parkiem i znalazła się koło cukierni. Wokół biegały dzieci, większość z nich zajadała się rozdawanymi za darmo słodyczami. Spełniło się jedno z ich prostych jeszcze marzeń.
Szła dalej wąskimi uliczkami, które teraz, w księżycowej poświacie, zyskały tajemniczą, magiczną atmosferę, jakiej brakowało im wcześniej. Zupełnie jakby miasto, wcześniej pozbawione duszy, teraz nareszcie ją odnalazło. Witryny sklepów, na które kiedyś by nie spojrzała, teraz wydały się niezwykle piękne i interesujące. Świeże kwiaty, których zapach zdawał się przenikać szyby, porcelanowe lalki z nieśmiałymi uśmiechami na twarzach, srebrne i złote elementy biżuterii połyskujące lekko, gdy padł na nie promień światła...
W pewnej chwili na placu, koło niewielkiej fontanny dostrzegła spowitą w światło postać. Oczarowana podeszła bliżej, a wtedy rozpoznała dziewczynę, która kiedyś skojarzyła jej się z aniołem. Teraz rzeczywiście miała pierzaste, białe skrzydła, ale ubrana była w czarną suknię, a otaczający ją blask, który wcześniej tak zachwycił Werę, teraz wydał jej się mroczny i bardzo zagadkowy. Anioł wyrzucony z nieba. Lecz teraz wreszcie mogła odlecieć, a jej twarz... Jej twarz promieniała radością. Zwróciła na Werę oczy, w których tańczyły iskry.
-Co ty tu robisz? - spytała dźwięcznym, jasnym głosem. Woda w fontannie pluskała cicho i monotonnie, jakby była tłem dla jej słów.
-Jak to?
-Powinnaś być gdzie indziej. Tam, gdzie chcesz, gdzie spełnią się twoje marzenia - odparła dziewczyna, a światło jakiejś gwiazdy odbiło się w jej oku.
-Gdzie? - spytała, marszcząc czoło. - Może nie mają się spełnić - zaryzykowała. Bo właściwie co działo się dookoła? To nie mogło być prawdziwe, przeczyło wszelkiej logice.
-A może po prostu w nie nie wierzysz.
-Wierzę - zapewniła.
-Skoro wierzysz, cały świat powinien się dla ciebie zmieniać. Bo chodzi o to, żeby ludzkie pragnienia się spełniały - stwierdziła, po czym wzbiła się w powietrze, poruszając lekko odzyskanymi skrzydłami. Wera spojrzała w górę, a sylwetka dziewczyny malała i malała, by w końcu stać się jedną z gwiazd.

Ściemniało się już, gdy Wera podeszła pod blok, w którym mieszkała Monika, koleżanka Agatki. Świat tonął w bladym świetle latarni. Po ulicach przechadzali się jeszcze ludzie, samochody mijały ich, świecąc reflektorami w oczy. Gałęzie nielicznych drzew gięły się na wietrze, który wzmógł się w ciągu dnia. Wera podeszła do domofonu i wcisnęła numer mieszkania koleżanki Agatki.
Otworzyła jej mama Moniki, sympatyczna kobieta o ciemnych włosach nieco przyprószonych już siwizną. Uśmiechnęła się szeroko i zaprosiła Werę do środka. Dziewczyna weszła i stanęła w przedpokoju, a czarny piesek zaraz podbiegł do niej, radośnie merdając ogonem. Przyklękła, by go pogłaskać. Wydawało jej się, że dostrzega w jego oczach prawdziwą radość.
-Dzień dobry - powiedziała jej Monika, gdy obie dziewczynki wyszły wreszcie z pokoju. Agata zaczęła wiązać buty.
-Cześć - odparła Wera wesoło. Jej siostra uporała się ze sznurowadłami i teraz wkładała kurtkę. Wprawdzie dni były już ciepłe, ale wieczorami temperatura nadal znacznie spadała. Piesek piszczał z radości, tuląc się do nóg Wery, jednak dziewczyna chwilę później zabrała siostrę i wyszła.
Agatka zapięła kurtkę, dopiero gdy poczuła zimny wiatr, wcześniej nie chciała wierzyć, że powinna to zrobić. Wera szła zamyślona, a gdy dziewczynka o coś pytała, kiwała tylko głową. Słońce znikało gdzieś między blokami. W mieście nie miało możliwości powolnego zanurzenia się w głębinach wody, kryło się za wniesionymi przez człowieka budynkami. Księżyc już nieśmiało lśnił na niebie, czekając aż stanie się jego niepodzielnym panem, by wtedy ukazać całe swe piękno. Chyba, że wcześniej zwyciężą go chmury.
Nagły podmuch wiatru uderzył ją w twarz, włosy Wery zatańczyły w powietrzu, by potem opaść jeszcze bardziej splątane. Z któregoś z mieszkań w mijanym przez siostry bloku dobiegała muzyka. Dziewczyna wsłuchała się w nią, próbując zignorować wszystkie odgłosy ulicy. Na chwilę przymknęła oczy. Jakaś kobieta śpiewała wysokim, czystym głosem...

-All I want is freedom, a world with no more night... - Wera wyraźnie usłyszała słowa i rozpoznała głos. Słyszała go tak wiele razy. Nie mogłaby go nie poznać. Pobiegła w stronę, w której dochodził, zostawiając za sobą wciąż szemrzącą fontannę. - ...and you always beside me to hold me and to hide me. - W końcu ujrzała Zosię stojącą pod pomnikiem jakiegoś mężczyzny. Jej czarne włosy nie były jak zwykle zaplecione w warkocz, lecz swobodnie opadały na plecy. Śpiewała wpatrzona w jakiegoś chudego chłopaka. Zdecydowanie zbyt chudego, zupełnie nie w typie Wery.
-Then say you'll share with me one love, one lifetime... - zaśpiewał on, a wtedy dziewczyna zrozumiała, że właśnie spełniło się marzenie jej przyjaciółki. Chciała, żeby ktoś śpiewał z nią właśnie tę piosenkę, żeby zrobił to z takim uczuciem, jak ten chłopak, którego głos brzmiał ładnie, sprzeciwiając się ciszy otulającej miasto swoimi ramionami. - ...that's all I ask of you.
-Say you'll share with me one love, one lifetime... - śpiew Zosi zdecydowanie odrzucił opiekuńczy uścisk ciszy, której niektórzy czasem tak bardzo potrzebowali. Ale nie ona, ona pragnęła muzyki, pragnęła tej piosenki. Jej oczy płonęły jak nigdy dotąd. - ...say the word and I will follow you. - Wera, która chciała podejść do koleżanki, gdy ta skończy już śpiewać, teraz zrezygnowała. Czuła, że nie powinna tego robić. Zaczęła odchodzić, starając się stawiać stopy jak najciszej, by nie zmącić w żaden sposób dochodzącego zza jej placów śpiewu.
-Share each day with me... - Wiedziała, że gdy skończą tę piosenkę, zaczną po prostu ze sobą rozmawiać. Tyle że zamiast wypowiadać słowa, będą je wyśpiewywać. Tak jak zawsze chciała Zosia. - ...each night, each morning... - głosy cichły stopniowo, aż w końcu Wera przestała je słyszeć, a wtedy w jej oczach wezbrały łzy. Wszystkim spełniały się marzenia, wszyscy byli szczęśliwi, a ona nie. Widziała innych i odchodziła, by nie zakłócać ich radości. Dlaczego? Czemu też nie mogła otrzymać tego, czego pragnęła? "Może po prostu w nie nie wierzysz?" Ale to niemożliwe, żeby tylko ona jedna. Gdzie w takim razie byli ci inni? Jak to wszystko się stało? Jak? Dlaczego?
-Wera, nie płacz - usłyszała cichy, słodki, ale zasmucony głosik. - Spójrz jak pięknie. - Dziewczyna uniosła głowę i zobaczyła Agatkę. Unosiła się w powietrzu na małych skrzydełkach, jej skronie zdobił wianek z błękitnych kwiatów. Powinna się cieszyć, ale zmartwiła się, widząc smutną siostrę.
-Ty to zrobiłaś? - spytała Wera. Dziewczynka pokiwała głową z dumą.
-Marzenia się spełniają. Zawsze chciałam zobaczyć, jak ludzi spotyka to, czego pragnęli.
-Ja też... - zamyśliła się. - Agata! To się stało naprawdę, czy po prostu widzimy to, bo chciałyśmy to zobaczyć? - spytała, choć nie oczekiwała konkretnej odpowiedzi.
-Jest prawdziwe... - odpowiedziała jej siostra, ale niezbyt pewnie.
-Dla nas czy dla wszystkich? - nalegała Wera, jednak pytanie kierowała raczej do siebie samej. Czy w ogóle istniała na nie jednoznaczna odpowiedź?
-Nie wiem... - zmartwiła się tamta. - Ale możesz zrobić, co tylko zechcesz. O czym ty marzysz? Czemu tego nie robisz, Wera? Czemu stoisz tu i się zastanawiasz? - Ja? Zdziwiła się w myślach. O czym? Czego tak naprawdę chcę? Ale to nie może być prawda! To tylko sen, złudzenie, jakaś perfekcyjna iluzja... Takie rzeczy się nie zdarzają.
-To nie jest prawdziwe... - wyszeptała, kręcąc głową. Wszystko zaczęło się rozmywać, nawet twarz stojącej bardzo blisko siostry.
-Jest! - Agatka złapała ją za ramiona. - Jest, przecież wiesz! Czujesz to! - Świat znów stał się wyraźny, znów widziała każdy jego szczegół. Co takiego miała poczuć? O czym mogła mówić jej mała siostrzyczka? Ta dziwna rzeczywistość miałaby być prawdziwa? Prawdziwa, vera. To właśnie oznaczało jej imię. A ona właśnie teraz czuła się dobrze, odpowiednio. To odkrycie zaskoczyło ją tak bardzo, że zaczęła się śmiać.

Nalała sobie wody do szklanki i wypiła ją szybko, po czym odstawiła naczynie na blat. Odgarnęła złociste włosy na ucho i ziewnęła. Czuła się dziwnie, była zmęczona, chciała tylko położyć się na łóżku i posłuchać muzyki. Agatka siedziała przy stole i jadła grzanki. Wera nie była specjalnie głodna, więc sięgnęła tylko po mandarynkę i zaczęła ją powoli obierać. Za oknem śpiewał wiatr, jednak w jego pieśń brutalnie wdzierał się warkot samochodowych silników.
Rozgryzła jedną z cząstek mandarynki, czując jak słodki sok rozlewa się jej po języku. Szybko dokończyła jeść owoc i podniosła się z krzesła tak gwałtownie, że aż zakręciło się jej w głowie. Oparła się o ścianę, ale chwilę później poszła do swojego pokoju, gdzie zapaliła świeczkę, której światło było ładne i o wiele subtelniejsze niż agresywny blask żarówki. Włączyła muzykę i położyła się na łóżku, pozwalając, by jej myśli odpłynęły w dal.
-A clouded dream on an earthly night hangs upon the crescent moon...

Śmiech ostatecznie zerwał krępujące więzy. Tak to odczuła. W jednej chwili stała niepewna i zapłakana w jednej z miejskich uliczek, siostra przyglądała się jej, przechylając złotą główkę i trzepocząc przezroczystymi skrzydełkami, a zaraz potem wszystko to się rozwiało. Agatka wyciągnęła do niej rękę, przerażenie błysnęło w jej wielkich, zazwyczaj pełnych ufności oczach. Wera chciała ją uchwycić, ale jej dłoń napotkała tylko powietrze.
Słońce rozbłysło nagle i poraziło ją w oczy. Wera spojrzała na swoje palce i błękitne niebo za nimi. Powoli opuściła rękę i obróciła się, by dokładnie obejrzeć okolicę. Stała na jakiejś niewątpliwie rzadko uczęszczanej górskiej ścieżce, po lewej stronie miała kosodrzewinę, po prawej dość strome zbocze, a w dole niewielki staw.
Było ciepło, ale nie gorąco. Wera zdjęła gumkę z włosów i potrząsnęła nimi. Nie miała już na sobie sukienki, lecz normalne, wygodne do chodzenia po górach ubranie. W okolicy na pewno nie było żadnych innych ludzi. Wiedziała o tym, gdyż nie chciała towarzystwa. Wreszcie mogła samotnie biegać po dawno zapomnianych albo jeszcze nie odkrytych szlakach.
Ostrożnie zaczęła schodzić po zboczu, gdyż to wydało jej się największym wyzwaniem. Bywały chwile, w których całkiem nie wierzyła, że kiedyś będzie mogła to zrobić. Zbyt wiele takich chwil miała za sobą, nie chciała ich więcej. Jakiś kamień osunął jej się spod nogi, gwałtownie wciągnęła powietrze przez zęby, mocniej przytrzymując się rękami jakiejś skałki. Przestraszyła się, ale cały czas wiedziała, że teraz jest dobrze, tak właśnie powinno być. Rzeczywiście, cały świat chce, by spełniły się najgorętsze pragnienia ludzi. I cały świat się dla nich zmienia, a przynajmniej zmienił się tym razem. Dla jej siostry, która uwierzyła. Dla niej samej też. Wera miała nadzieję, że także dla wszystkich innych. I choć ten stan na pewno w końcu zostanie zburzony, przynajmniej przez tę jedną noc wszyscy ludzie będą szczęśliwi.

Poduszka była miękka, wiatr huczał za zamkniętym oknem. Wera pokręciła głową, chcąc wygodniej się ułożyć. Czy zasnęła? Chyba nawet coś jej się śniło, ale nie mogła sobie przypomnieć, co. Na pewno nie spała długo, nie skończyła się jeszcze piosenka, której początek dziewczyna doskonale pamiętała.
-Birds in flight are calling there where the heart moves the stones, is there that my heart is... - nagle muzyka się urwała, a ostre, sztuczne światło rozproszyło kojący półmrok. Wera zdenerwowana usiadła na łóżku i przetarła oczy dłońmi. Agatka stała przy jej odtwarzaczu, najwyraźniej zadowolona z siebie. Za oknem musiało być ciemno, ale w szybie odbijało się wnętrze pokoju, więc nie dało się niczego dojrzeć.
-Chciałabym zobaczyć, jak spełniają się marzenia ludzi - powiedziała Agata, a Wera zorientowała się, że już wcześniej wiedziała, jakie słowa padną z ust jej siostry.
-Ja też - odparła, wstając i obejmując dziewczynkę ramieniem. - A wierzysz, że mogą się spełnić?
-Wierzę - zapewniła z żarliwością i szczerością, na jaką stać jedynie dziecko, któremu nie wpojono jeszcze sztywnych, opartych na niewzruszonej logice zasad funkcjonowania wszechświata. - Wierzę i chcę, żeby tak się stało. - Wera westchnęła i otworzyła okno na oścież, by zobaczyć wyraźnie świat na zewnątrz. Pokryła się gęsią skórką, ale nie zwracała na to uwagi. Agatka też ignorowała zimno, pełnym wiary i nadziei wzrokiem wpatrując się w niebo. Kątem oka zerknęła na siostrę, obie uśmiechnęły się do siebie.
Niewielka chmura skryła tarczę księżyca, wiatr nieznacznie zmienił swój rytm. Jakieś cienie przemknęły się po trawniku przy bloku, jakieś zatańczyły w powietrzu. Agatka zacisnęła pięści, jednak jej oczy nie zmieniły wyrazu, wciąż wypatrywały czegoś na niebie. Żarówka w lampie wypaliła się, a Wera z zadowoleniem oparła się łokciami o parapet, tak jak siostra spoglądając w górę. I wtedy gwiazdy zaczęły spadać...


KOMENTARZE:

Tylda (~) oznacza podpis osoby niezarejestrowanej.


2005-12-15 18:59    IP: brak danych


aaaaaaaaaaaa lalalalalalalalalallaallalalallalal:PP:PP:P:P:PP:PP:PP:PP:PP:PP

--
~daria


DODAJ KOMENTARZ

Pola oznaczone gwiazdką są obowiązkowe

Podaj swoje imię*:
Podaj swój adres email:
Zapisz słownie cyfrę 6*:



Zawarte tu prace moża wykorzystywać tylko za wyraźną zgodą autorów | Magor 1999-2018 | Idea, gfx & code: Vaticinator | Twoje IP: 54.82.7.231