Nie masz jeszcze swojego konta? Zarejestruj się. Po pierwsze
podaj swój nick:
Wróc do menu: opowiadanie

Opowiadania Ynglifa - dokończenie części I
Obawa Orsou


- Wojownicy, dostaniecie połowę zapłaty, resztę wręczę wam, gdy będę miał potwierdzenie bezpieczeństwa okolic Nhult. Mam nadzieję że zrozumiecie mnie, jeśli prawidłowo wykonaliście zadanie, dotrą do mnie wieści o uspokojeniu się tych ziem, a wam wypłacę resztę. Miło słyszeć- , iż żyje pan, Sekretarzu Keran, strata pana byłaby poważnym ciosem w me plany. - rzekł Orsou, wysłuchawszy opowieści naszej i Kerana, przypomniawszy w podsumowaniu, radość- swą, z powrotu Sekretarza. Cóż, wypłacono nam połowę wynagrodzenia, jak zwykle hojnego, do czego Ród Helos już dawno przyzwyczaił swe wierne sługi. Niestety zmęczony misjami głowy Rodu Helos był jam, lecz przynosiły one wymierne korzyści Gildii naszej, więc ucieszyłem się wręcz, słysząc, iż nasz zleceniodawca chce dać- nam kolejną misję.
- Wojownicy, rozważałem to długo, aż doszedłem do wniosku, iż ryzyko jest warte potencjalnej nagrody. Jestem gotów obdarzyć- swym protektoratem waszą Gildię. Sprawę omówiłem z waszym dowódcą, Głównodowodzącym Degajoxem. Był zadowolony z takiego obrotu spraw. Od początku istnienia Gildii Wojowników, wszystkie wasze placówki dobrze służą celom Rodu Helos, stąd taka moja i waszego zwierzchnika decyzja. Lecz jest jeden warunek, a mianowicie chodzi o ochronę moich interesów i mnie samego. Na ziemiach Enumedis rozgorzała wojna z Ciemnościami. Przysłano do wszystkich erekateskich Rodów prośby o pomoc w nadchodzącej batalii, argumentacja jednak mnie nie przekonała. Nie wiem też, czy plotki o zebraniu się wielkiej armii istot podążających Ścieżką Lewej Ręki jest prawdą, a rzekomo nadchodzą one z Ognistych Gór. Mam jednak potwierdzenia z rzetelnychźródeł, iż duże grupy wrogo nastawionych istot ścierają się z Wielkimi Rodami w ich granicach, posuwając się w naszą stronę. Wielkie Rody zajęte są gromadzeniem potęgi zbrojnej pod wspólnym sztandarem, do czego nakłonił ich niejaki Antiqus, bratanek Margotha, rządzącego Rodem Równowagi. Równowaga wewnętrzna Królestwa naszego została zachwiana w rejonie Stolicy. Jak więc widzicie, sprawa wygląda poważnie, chociaż do ewentualnych wielkich problemów pozostało dużo czasu. Wielkie Rody mają małe i rozproszone wojska, przez co nie mamy co liczyć- w ciągu kilkudziesięciu lat na zdecydowane ruchu z ich strony, ale nie to mnie teraz martwi. Te rozruchy szkodzą moim interesom, a to niedopuszczalne. Chcę, by Gildia Wojowników chroniła granice z Rodem Ziemi. A dokładniej miasteczko graniczne, zwane Relit. Należy do niego dochodowa kopalnia złota, a w tej mam znaczne udziały, dlatego też musicie zadbać- by ani miasteczku, ani kopalni nic złego się nie stało, póki sytuacja na granicy nie uspokoi się. Jeśli sprawicie, że granica stanie się znów bezpieczna, wezmę waszą Gildię pod swój protektorat, a sami dobrze wiecie, jak dużo to znaczy. Umowa stoi?
- Tak, panie. Zbiorę czym prędzej oddział najemników, zrzeszając ich w Gildii i wyślę, by chronili twe włości. Lecz ja i dwóch z mych ludzi musi tu pozostać- , panie, nie mogę pozwolić- na zawieszenie działalności Gildii w tym rejonie. Przykro mi, że nie będę mógł zaangażować- w to przedsięwzięcie całych miejscowych sił Gildii Wojowników.
- Nie, Sekretarzu. Masz wyśmienite referencję, życzę sobie byś to właśnie ty dowodził garnizonem. Taki pomysł też zapewne poprze Głównodowodzący Degajox. Niech ktoś inny obejmie dowództwo nad wojownikami w Enhult, na czas pewien. Inne Gildie Wojowników są gotowe, wysłały już tam też swe siły. Ostatnim ogniwem jest twoja placówka, Sekretarzu Keranie. Jeśli nie przystaniesz na me warunki, możesz bardzo zawieść- swego zwierzchnika. Decyduj. - wręcz ostrym głosem zażądał szlachcic. Cóż, dziwne zdawało mi się, iż taką oto decyzję powziął. Widocznie nie posiadał magicznego talentu duszy ludzkiej przenikania, tak jak przypuszczano, inaczej by odkrył niepokojące zmiany zachodzące w Keranie.
- Dobrze, Panie. Twe rozkazy zostaną wykonane co do joty.
- Doskonale. Idźcie z błogosławieństwem Rodu Helos, Wojownicy.


Po dwutygodniowym postoju w Enhult (chociaż ja dosyć często wypadałem za miasto, nie chcąc zbyt długo pozostawać w nim) została skompletowana grupa najemników. Za godziwą zaliczką i wynagrodzeniem znacznym obiecanym, zgodzili się służyć pod sztandarem Rodu Helos, chociaż Sekretarz Keran miał wydawać im rozkazy.
Jednak w naszych szeregach prawowitych członków Gildii Wojowników, opinie zgodnymi nie były. Niepokoiło mnie to, inni prawdy widzieć nie raczyli, lecz ja dostrzegałem każdą kroplę jadu wysączoną przez Kerana. Siał on niezgodę i zamęt skrycie, niczym zabójca, ofiary krwi łaknący kosztem małym. Próbowałem powstrzymać go, lecz ubiegał mnie w każdym ruchu, z czasem zdobywając coraz większą przewagę nade mną. Czemuż to się tak zmienił i czemu tylko ja intrygi sieć jego dostrzegłem? Odpowiedzi na to pytanie na razie poznać mi nie danym było, lecz wiedziałem, iż niedługo kipiel gniewu i goryczy eksploduje wśród nas, cokolwiek jam bym nie robił.

Melphior odmawiał uczestnictwa w tej misji. Twierdził, iż przystając na to, zgodzimy się na los jednego z wielu narzędzi Orsou. Zagroził, iż jeśli Gildia znajdzie się pod protektoratem Rodu Helos, opuści jej szeregi. Skłaniał się raczej, ku niezależności naszej organizacji. Erthur natomiast, mimo iż żadnej ze stron otwarcie nie popierał, nie krytykował też ich, starając się za wszelką cenę zachować neutralność.
- Uzyskaliśmy zlecenie, dostaliśmy poparcie i możemy urosnąć- dzięki temu w siłę, więc co wy - tutaj z ust Haroka padły siarczyste przekleństwa w żargonie żołnierskim - kwestionujecie!?
- Ta Gildia miała być- niezależna i skupiać- niezależnych najemników. Nie pozwolę byśmy stali się marionetkami jakiegoś szlachcica! Mów, co chcesz, głupcze, lecz doświadczenie nauczyło mnie, iż nigdy, przenigdy, najemnikowi nie wolno łamać- słowa, a wszyscy z założycieli DALI SŁOWO ŻE GILDIA WOJOWNIKÓW BĘDZIE NIEZALEŻNĄ ORGANIZACJĄ! - Melphior rzucił obelgą i słowami tymi w Haroka, zwąc go wiarołomcom. Atmosfera stawała się coraz bardziej napięta.
- Dosyć- ! Przyjmiemy warunki oraz ofertę od pana Orsou, bez dyskusji! Nie możemy się sprzeciwiać- Głównodowodzącemu, więc SPOKÓJ! - wykrzyknął rozwścieczony Erthur, porzucając neutralne stanowisko.
Na dźwięk tych słów siarczyste przekleństwa z łucznika ust się posypały, gdy ten z całym impetem uderzył na zastępcę Sekretarza. Ten, równie błyskawicznie miecz swój obnażywszy, sparował, zwracając niedostrzegalnie szybkim i wprawnym ruchem siłę uderzenia, przeciw agresorowi. Zapewne przeżył, lecz impet uderzenia o twardy kamień pozbawił go przytomności.
- Psie, poznaj, co znaczy stanąć- przeciw towarzyszowi! - olbrzymi Sekretarz zamachnął się swym wielkim toporzyskiem. Jednak jak mąż jeden pozostali dwaj mieczami swymi zatrzymali cios jeszcze nad głową Kerana. Tak szybko wszystko się działo, iż ten, nie zdołał rozpoznać- rodzaju zagrożenia, nim topór jego wyleciał mu z rąk za sprawą działania wprawnego woja, Melphiora, a miecz jego zastępcy przeszył mu wnętrze. Opadł tak na ziemię, bez życia. Gdym stał zszokowany przebiegiem wydarzeń, nadbiegli najemnicy, zaskoczeni zajściem.
- Głupcze, poznaj me imię, nim śmierci tchnienie zamknie powieki ci. Przeznaczeniem mym zamęt i niezgodę wśród braci siać- , a imię me Legion. - leżący nieopodal obalonego giganta topór drgnął, wbijając się aż po rękojeść- zaskoczonego starszego wojownika, który sądził, iż przeciwnik jego legł trupem. Moje oczy zetknęły się z oczyma Kerana. I wiedziałem już - to nie był on. Błysk zwierzęcej furii, okrucieństwa, ustąpił w chwili pewnej j przygniatającemu brzemieniu niezliczonych lat - to wszystko, splotło się na chwilę ulotną, by w postaci krótkiego błysku w jego oku ukazać- się mi. Oczy jego zgasły niczym pochodnia wodą zalana, a ciało wykrzywiło się straszliwie w agonii.
- Co...? - słowa ugrzęzły najemnikom, z bronią w ręku obnażoną, w gardłach.
- Wasza umowa nie uległa znacznej zmianie. - oświadczył naraz potężnym, nie akceptującym sprzeciwu głosem Melphior. - Ynglifie, w tobie ostatnia nadzieja. Wykonaj kontrakt i zrób co możesz, by spowolnić- efekt wchłaniania (sam wiesz, czego). Mogę na ciebie liczyć- ? - słowa te niezmiernie mnie zaskoczyły, poczułem się przybity do muru. Odmowę sam ton głosu kompana mego wykluczył, nie mówiąc o tym, co by się stało, gdyby nikt nie przejął władzy nad jednostką w Enhult.
- Muszę załatwić- parę spraw nie cierpiących zwłoki, przyjacielu. Nie ma innego, który by mógł poprowadzić- ich.
- Zatem dobrze, lecz nie wiem czy podołam temu zadaniu... - wątpliwościami przepełniony, zdarzeń szybkości przygnieciony, zgodę wyraziłem, co spotkało się z wyraźną aprobatą mego towarzysza, wiedziałem już, iż zdobyłem sobie sprzymierzeńca.
- Najemnicy, walczący pod Helos Rodu sztandarem, a zarazem pod komendą Gildii Wojowników, słuchajcie! Jako najstarszy rangą z tych, którym powierzył misję pan Orsou, nakazuję wam prowadzonymi być- przez Ynglifa, towarzysza mego. Idźcie z błogosławieństwem mym wojownicy i świadectwo dobre po sobie zostawcie, bowiem dla Gildii Wojowników pracujecie!




Dni podróży ciągnęły się w nieskończoność, przynajmniej jak na razie kłopotów najemnicy mi nie sprawiali. Zapewne wynagrodzenia podwójnego obietnica skłoniła ich do zmiany planów, zresztą nic nie tracili na poprzednim układzie też. Ich marsz pod sztandarem Rodu Helos był celowy, acz za wszystkie względy dotyczące najemników i operacji odpowiadała Gildia Wojowników. Myśli kłębiły się w głowie mej niemiłosiernie, chwili spokoju nie dając. Dowodzenie oddziałem niezdyscyplinowanych chciwców machających mieczami nie było moim marzeniem, ach, jeśli dojdzie do boju to tylko cud pozwoli mi opanować własne szeregi liczące przeszło trzydziestu erekates. Lecz do Relit dzień drogi już tylko, a noc właśnie zapada. Te myśli wspomagały mnie w zarządzaniu rozkładania obozu - jak zwykle większość niechętnie i niedokładnie poddawała się rozkazom mym.

- Stać- ! Któż to nadjeżdża? - okrzyk żywiołowy barczystego najemnika pochód mój u bram Relit, murami pokaźnymi okalanego, zatrzymał.
- Czyż nie widać- , przyjacielu, kogo witać- wam dane? Pod chorągwią Rodu Helos kroczy moja grupa, lecz z Gildii Wojowników zlecenia tu jesteśmy, a ja sam jestem członkiem Gildii. - odpowiedział jam, znużony pytaniem, po podróży zaiste długiej.
- Wybacz, bracie z Gildii, lecz obowiązek to mój pytanie takie zadać- . Jam Hektor, z grupy Sekretarza Aedrana. Lecz nie wyglądasz na Sekretarza Kerana, a jedynie jego tu brak...
- Zakończ swe głupie pytania. Sekretarz poniósł śmierć- . Zostałem upoważniony do kierowania tą grupą, a tłumaczyć- się będę tylko Sekretarzom. Wpuść- mnie i moich ludzi wreszcie do Relit, Hektorze! Jam, Ynglif ci to nakazuję!
- Dobrze... - dając wreszcie sygnał na bramy otwarcie, nim przez nią przejść- nam pozwolił, rzekł jeszcze- Staw się, proszę, u Sekretarza Aedrana, przy placu. On tutaj rządzi.
- Niech tak będzie. - Po słowach tych wreszcie na ulice Relit wkroczył jam ze swą trzydziesto osobową drużyną. Przemierzając to malownicze miasteczko podziwiałem kunszt, z jakim wykonano ozdoby na tych małych, acz szerokich domach. Z kamienia wszystkie wykonanymi były, ich grube mury sprawiały wrażenie, jakoby to miejsce nie należało do najspokojniejszych. Brukowaną ulicą do placu obszernego dotarliśmy, gdzie obozowisko pokaźnie rozbito. Dwóch uzbrojonych osiłków zagrodziło mi drogę, gdym nakazując żołnierzom oczekiwanie, usiłował jam wejść- do obozowiska.
- Jam jest Ynglif, dowódca grupy z Enhult. Zaprowadźcie mnie przed oblicze Sekretarza Aedrana. - niechętnym pomrukiem odpowiedziawszy, jeden z nich podjął się roli oprowadzacza. Po chwili przeciskania się między żołnierskimi namiotami (ich ilość- wskazywała na rozbicie się tutaj co najmniej dwóch grup), ukazała się mym oczom dowódcy siedziba. Była to baszta niewielka, wzniesiona na placu środku. Po zapowiedzeniu mnie chwila dłuższa minęła, nim solidne drzwi z żelaza otworem stanęły. Na piętrze baszty ujrzał jam Sekretarza Aedrana, na którego rozkaz zostawiono nas samych.
- Witaj, panie czcigodny. Jam Ynglif, dowódca grupy z Enhult. Przyszedłem zameldować- swoją drużynę i otrzymać- rozkazy, jeśli łaska.
- Nie znam cię. - niski człowiek o szerokich barach zmarszczył swą starą twarz, lustrując mnie uważnie wzrokiem. - Wytłumacz mi to. Natychmiast.
- Jestem niedawno przyjętym pełnoprawnym członkiem Gildii, panie. Sekretarz i jego zastępca zginęli w walce, a pan Melphior, jako najstarszy rangą zlecił mi przejęcie kontroli nad tym zadaniem. Jego samego nagliła pilna potrzeba. - rzekł jam nieco zbity z tropu nadzwyczaj ostrym i niebezpiecznie natarczywym tonem głosu rozmówcy.
- W jakich okolicznościach? I co z resztą prawowitych zrzeszonych z Enhult?
- Doszło do niespodziewanej zwady, sprowokowanej przez Sekretarza Kerana. Wszyscy, z wyjątkiem mnie i pana Melphiora nie żyją, panie.
- NIE ŻYJĄ?! JAK to się stało?! Mów, nim trafisz pod topór kata!
- Proszę się uspokoi, panie...
- MÓW.
- Cóż...Sekretarz Keran wszedł w spór z podwładnymi. Poszło o protektorat Rodu Helos. Jeden z nas, Harok, rzucił się zbrojnie na zastępcę Sekretarza. Próbowałem ich powstrzymać- , lecz działo się to zbyt szybko. Doszło do krwawej jatki, w wyniku czego tylko ja i pan Melphior przetrwaliśmy. Lecz kontraktu placówka z Enhult musi dotrzymać- , uwierz mi panie, nie kłamię.
- Nie pokładam wiary w słowa twe, Ynglifie. Wyślę gońca z zapytaniem do Enhult, a do tego czasu twoi ludzie przechodzą pod MOJE dowództwo, a ty nie masz prawa opuszczać- Relit. Zakwaterowanie i wyżywienie zapewni ci karczmarz. ZROZUMIANO?
- Panie...
- MILCZEĆ! ODMASZEROWAĆ! Inaczej zostaniecie zawieszeni w prawach członka Gildii!
- Tak jest... - srogo jam pożałował prawdy słów, o mało co członkostwem tego nie przypłaciłem... Lecz powziąłem postanowienie udowodnienia swej wiarygodności czynami, mego awansu w szeregach Gildii nie powstrzyma ta jatka w Enhult, o nie...



- Bracie, widzę że coś cię niepokoi. Pozwól, żem się przysiądę. - zagadnął mnie osobnik w ciemnoniebieskim stroju na podobieństwo habitu. Twarz tej postaci o postawnej budowie skrytą wśród kaptura fałd była. Cóż, chyba zbyt dużo wypiłem w tej gospodzie po incydencie wszczętym przez Aedrana, skoro emocje, które tak skrzętnie ukrywać- mnie uczono, na obliczu mym widocznymi były. Osobnik ten, któremu zezwoliłem na dotrzymanie mi towarzystwa, wyglądał na członka Zakonu Orrina.
- Widzę, iż złe dni masz. Może opinia Strażnika Wiedzy ukoi przynajmniej po części duszę twą, wojowniku?
- Możliwe...Odkąd tu bawisz?
- Lat przeszło dwadzieścia. Prowadzę tu swe badania, by awansować- w szeregach Zakonu Orrina. A wierz mi, przyjacielu, to nie łatwe, chociaż rangą mą jest Klucznik, me ambicje znacznie wyżej sięgają.
- Jeśli można wiedzieć- , co jest obiektem twych badań, panie?
- Mów mi Eor. Poznaję i kataloguje typy Sług Ciemności, spisując jak najdokładniejsze informacje o nich. W pewnym stopniu również wchłaniam wiedzę o ich magii, opracowując sposoby, w tym zaklęcie, ochrony przed zgubną magią Mroku. Właśnie dlatego Gildia Wojowników najęła mnie na miejscowego eksperta od sprawy walki z nadnaturalnymi wrogami Relit. Widzę po twarzy twej, Ynglifie,- skądże imię me znał? Nigdy chyba nie odgadnę na czym polegają te szatańskie sztuczki magów - zapewne masz wiele pytań odnośnie mej dziedziny - przytaknąłem- pytaj więc.
- Opowiedz mi bliżej o tych potworach, które wpłynęły na decyzję o zabezpieczeniu tego rejonu.
- Niewiadomo, co to dokładnie. Jedynie Enumedis udało się zwycięsko wyjść- ze starć- z tymi stworami, ale nie chcą nic na ich temat powiedzieć- . Nasi, oczywiście mowa o tych ŻYWYCH, zaobserwowali jedynie pokraczne, humanoidalne kształty grasujące tu. Lecz każdej nocy ktoś ginie, a zwłoki jego zostają w wyjątkowo krwawy sposób zmasakrowane. Na podstawie śladów, na ciałach ofiar i innych wskazówek wywnioskowałem, iż te Ciemne Istoty muszą mieć- potężne, nieco zakrzywione, zabójcze pazury. Posługują się nimi z niezwykłą wprawą, a niestety nie tylko jedną ich parę mają. Podejrzewam, iż posiadają CZTERY ręce zakończone takimi szponami. Pewne jest że to niezbyt inteligentne formy życia, nie praktykujące magii. Mam podejrzenie co do tego, czym mogą być- , lecz póki nie nabiorę pewności, nie zamierzam wygłaszać- żadnych sądów, przyjacielu. Wiedz jednak, że jeśli to spotkasz, jedynym ratunkiem może być- ucieczka. Gdyż szczerze wątpię by twój miecz zdołał dać- im opór, niezależnie jak ostry jest. Zapewne Enumedis dzięki magii zdołali pokonać- wiele z tych stworów, lecz efektem ubocznym jest spychanie ich ku nam. Już parę osobników ma leża w okolicy, a niebawem cała ich fala może na nas spłynąć- . Strzeż się więc cieni, nigdy nie wiadomo którym z nich mogą się stać- ...
- Interesujące, dzięki ci, Strażniku. Lecz skoro to mało inteligentne formy życia jak zdołały niepostrzeżenie wśliznąć- się na ziemie graniczne? Przecież obydwie strony dobrze strzegą tej okolicy, mimo narastających niepokojów?
- To już sprawa znacznie bardziej złożona. Wystarczy ci wiedzieć- że SĄ tutaj. To samo już stwarza wystarczające zagrożenie. Lecz nie martw się, przyjacielu. Zakon Orrina zajął się już tą sprawą. Królestwo ogarnia anarchia, a piekielne stwory napadają na nasze terytoria, organizacje upadają...Wątpię, by udało się zapobiec nadchodzącemu Zmierzchowi. Zdajemy sobie sprawę, z tego, co działo się ostatnio poza Starożytnymi Krainami. Światli Enumedis są lepszej myśli niż my, zaprzeczając, jakoby był to Zmierzch. Twierdzą, iż jest to próba, trudna, lecz nie niemożliwa do przejścia. Dla nich może tak. Lecz my, Erekates, jesteśmy młodsi i głupsi...Samowola Rodów i liczne podważania autorytetów -to właśnie uniemożliwia skupienie się na nadchodzącym niebezpieczeństwie. My jeszcze w tym stuleciu przepadniemy w nicości, może jedynie Enumedis część- dzięki swej starożytnej magii utrzyma się. Lecz Zakon Orrina już z dawna przygotowywał się na to, wierz mi, przyjacielu. Sądzę, iż jesteś osobą, której można zaufać- . Przysięgnij na swój honor, iż to, co powiem, zostanie między nami.
- Nie podoba mi się to, Strażniku. Czemuż to chcesz włączyć- w swe sprawy zwykłego woja i przede wszystkim jaki miałby z tego pożytek tak potężny i wysoko postawiony mag?
- Zasięgnąłem rady Starych Bogów Enumedis. Wiem, nawet dla naszych kuzynów byli zbyt okrutni i perfidni, więc ich porzucono. Przepowiedzieli mi, iż na drodze mej stanie Erekates. Miał on być- odrzuconym i wzgardzonym, mimo czynów i intencji swych. Niedoświadczony, lecz posiadający olbrzymi potencjał. Drzemie w tobie wielka Moc, Ynglifie.
- To, że imię moje znasz nic nie znaczy, Strażniku. A Starzy Bogowie nie mają już żadnego znaczenia, słowa ich jadem są, a serca kamieniami. Nic dla mnie oni nie znaczą.
- Szkoda, wielka szkoda. Słowom moim, zasłyszanym z ust samych Starych Bogów, nie ufasz. Lecz czy zamierzasz tu bezczynnie siedzieć- nad kuflem piwa, Ynglifie? Nie na to wskazuje twoja aura.
- Przeklęty mag! Przestań uprawiać- swe sztuczki i duszę mą męczyć- magią podłą swoją, nim zrobię coś nierozważnego! - znacząco położył jam rękę na mieczu, wściekły śmiertelnie na Klucznika. Ten człowiek nie dość- że uprawiał w stosunku do mnie magię, to jeszcze pragnął wciągnąć- mnie w szatańskie konszachty!
- Zaklinam cię na Bogów, opanuj się! Wysłuchaj mych słów, bowiem znam sposób, by przewiać- wątpliwości Aedrana dotyczące ciebie. - z ledwością się opanowując słów maga tego wysłuchałem. Cóż, przyznać- muszę że jego długa przemowa przekonała mnie w znacznym stopniu ku jego propozycji, mającej przynieść- obopólne korzyści. Dzięki niemu posiadłem informacji wiele, o Ciemności sługach, a zapowiadało się na częstą mą styczność- z nimi, zważając na mój zawód i czasy. Niespodzianie wieczór zastał nas w karczmie, pustoszejącej na noc.
- Przedarli się! Do broni! - z okrzykiem niczym grom wpadł zasapany żołnierz do gospody. Na okrzyk jego wszystek woja poderwało się jak jeden mąż, broni dobywając. Atakują? Myśli me w błyskawicznym pędzie ułożyły prawdopodobne wydarzenia. Więc nadszedł niespodziewany frontalny atak Ciemności na mury Relit, a ja nawet ludzi swych pokierować- nie mogłem, gdyż odsunięto mnie od praw członka Gildii!
- Ilu ich jest i jakie punkty zdobyli? - wnet konkretnym pytaniem cisnął jeden ze zgromadzonych najemników, którzy jeszcze przebywali w sali. W tym samym czasie wrzawa podniosła się z drugiego piętra, oto alarm i tam wszczęto. Ja sam ze stalą obnażoną skierowałem się ku drzwiom, podczas gdy żołnierz pospiesznie odpowiadał.
- Są wszędzie! Nie da się ich nawet zliczyć- , nazbyt dużo tych kreatur! Gotujcie się do obrony, zapewne już tu mym tropem zdążają. Rozbili wszystkie posterunki rozrzucone wokół bram, nim ktokolwiek się zorientował, było ich wszędzie pełno. - wszyscy, łącznie ze mną poderwali się do barykadowania drzwi i pospiesznego zabijania okien, materiałami chyżo dostarczonymi przez karczmarza. Wszyscy z obnażoną bronią, zasilani przez właśnie wyrwanych ze snu mężów, utworzyliśmy śmiertelnie niebezpieczny krąg ostrzy. Klucznik w ten czas schował się za naszymi plecami, mamrocząc coś pod nosem. Nim żołnierz, który wszczął alarm, zdążył cokolwiek o naturze wroga rzec, rozległ się potężny, ogłuszający ryk wielu gardeł. Drzwi zatrzęsły się pod salwą ciosów, parę okien padło, roztrzaskanych potężnymi pazurami. Odrażająco wykrzywiona twarz ludzka ukazała się w jednej z okiennic, ociekając krwią. Widok tej bladej istoty o mało co nie przyprawił mnie o wymioty, które z ledwością powstrzymałem. Nigdy nie sądziłem, iż rysy twarzy mogą mieć- w sobie tyle cierpienia i zarazem, będąc karykaturą Życia, razić- niepohamowaną mściwością ze ślepi krwistych swych. Wnet bełt pomknął prosto ku miejscu, gdzie powinien być- mózg, najprawdopodobniej zabijając stwora. Szybko jego widok ustąpił innemu obrazowi. Wnet z hukiem odrzwia obalonymi zostały, a z nich, z szybkością rumaka rączego, dwie ohydne masy potoczyły się ku nam. Osiem par łapsk, zakończonych śmiercionośną bronią - szponami zakrzywionymi, nadzwyczaj jednocześnie długimi, zbyt szybko spadło na krąg ostrzy, by czas był się dokładniej przyjrzeć- napastnikom. Rozszarpanych z taką łatwością, z jaką papieru kartkę elf przerwać- może, dwóch towarzyszy z każdej strony mej padło, a właściwie rozbryzgnęło się po sali. Tylko dzięki instynktowne pochyleniu się zdołałem uniknąć- losu straszliwego, gdyby nie szczęście wielkie już bym nie żył. W skąpanego mnie w towarzyszy krwi obficie, wstąpiła bestia niespodzianie, dając mi siłę jeszcze większą, niżbym mógł się spodziewać- . Za przekleństwem mym w bestię wymierzonym, miecz poszedł gładkim pchnięciem, zagłębiając się przez podbródek karykatury, aż po mózg. Wyrywając z trudem miecz, głęboko wbity uskoczył jam, za ladę stojącą nieopodal, unikając zmiażdżenia przez padającego trupem wroga. Druga bestia natomiast napotkała znacznie bardziej zdecydowany opór, gdy pierwsza rozszarpywała połowę prawie kręgu ostrzy. Topornika obaliwszy, Śmierci oddech na sobie poczuła. Nie miała szans oprzeć- się pchnięciu wytrawnego szermierza, skierowanemu przeciw sercu jej czarnym, wspartego ponadto parą mieczy, tnących niemiłosiernie w tańcu wojennym. Leżąc przez sekundy ułamek za lady osłoną, ujrzał jam omdlałego gospodarza, kurczowo kuszę swą ściskającego. Cóż, nie miał szczęścia, ale na widok kotłującej się masy odrażających cielsk wrogów, zaniechałem pomysłu wspomożenia go.
- Wycofajcie się! Osłonię wasz odwrót, ale już! - zakrzyknął w ten Eor, zapomniany przez wszystkich w bitwy wirze. Lecz za późno, szarżującego męża nikt już nie zdołał ocalić- przed rozszarpaniem na strzępy, przynajmniej dał nam kilka cennych sekund, nim zdążyły ku nam bestyię napłynąć- . W szaleńczym biegu ku schodom popędziłem, rozumiejąc, iż obrona na nich była naszą jedyną szansą. Na tych zawiłych, wąskich, schodów zakręcie pierwszym zatrzymał jam się, przecierając krew z oczu, przygotowując się na danie odporu agresorom. Dzięki widokowi stąd wystarczającemu, ujrzałem nim do mnie dwaj inni sojusznicy dołączyli, co poczynił Klucznik. Miałem wrażenie, iż głowa me pęknie wpół, gdym poczuł koncentrującą się w jego prawicy Moc. Wszystko działo się zaiste szybko. W ostatniej chwili prawicę w geście symbolizującym zatrzymanie, Eor podniósł, co uchroniło go przed niestrudzonymi prześladowcami, groźnie ramiona swe cztery unoszącymi. Nienamacalnej energii eksplozja w potwornych męczarniach odrzuciła potępieńców do tyłu, ogłuszając ich na uderzeń serca zaledwie parę.
- Szykujcie się i pod żadnym pozorem nie opuszczajcie stanowisk obronnych! Gdy tylko bohaterski Klucznik za plecami nas, wojów, schował się, kreatury nieco oszołomione poderwały się z zadziwiającą szybkością, nieomylnie ku nam pędząc, a przecież spojrzenia ni jednego nawet nie zdołały rzucić- , by drogę swą uprzednio ujrzeć- . Schody dostatecznie wąskimi były, ażeby dwóch mężów ramię w ramię stanąć- mogło, odpierając równocześnie ataki jedynie jednej (albo aż jednej, zważywszy na ich siłę) barczystej karykatury, o ramionach czterech. Widząc krwawiącą ranę towarzyszącego mi brodatego męża w kolczudze, powziąłem się zastąpienia go przy ramieniu nieznanego mi wytrawnego szermierza, już ostrze swe ociekające krwią nadstawiającego na szarżującą trupio bladą bestyię. Eor natomiast podjął się zatamowania jak najszybciej wycieku krwi naszego towarzysza, każdy miecz miał tu kluczowe znaczenie.
- IJACEEBO!!! - wydarła się niespodzianie kreautra, usiłująca być- szybszą od mieczy naszych. Jednak nie powiódł się jej ten atak dwoma ramionami (na schodach było zbyt wąsko, by ta bestia mogła użyć- obu par ramion), śmiercionośnych szponów cios mój i szermierza odbił. Szybkie pchnięcie woja odepchnęła kreatura, uderzając przy zepchnięciu miecza, o ścianą nieszczęsnym szermierzem, który w wyniku impetu zetknięcia ze ścianą obalonym został i ostrze upuścił. Lecz bestia tym ruchem flankę swą odsłoniła, co wykorzystałem bezzwłocznie.
- CHANAVAAFE! - wydusił wróg z szyją przebitą, nim ostrze głębiej pchnąłem, uciszając go na wieki wieków. Nad masywnym cielskiem kolejny agresor pojawił się, przysłonięty do połowy zwłokami swego towarzysza. Nagle rycząc przeraźliwie oczy swe przysłonił, jakby oślepł nagle i niespodzianie.
- Pchnij! - wykrzyknął zza ramienia mego Strażnik, widocznie macający w tym zajściu palce. Gdym uwolnił ostrze swe, po rękojeść- zagłębione w słudze Ciemności, stoczył się na swych towarzyszy, obalając ich i zrzucając ze schodów.
- JUNAWAH!!! - piekielny dialekt rozdarł uszy me, po mieście cały się roznosząc. Wnet, gdy ledwo co doszły do siebie właśnie teraz do siebie szermierz, zdumiony okrzyk powziął. Oto wyraźnie panujące nad Relit stwory poczęły się wycofywać- w pośpiechu, natychmiast zarzuciwszy plany inne! Oto cudem ocaleni zostaliśmy, Bogom dzięki za to, gdyż długo sił w walczyć- już nie miałem, a siły znacznej wymagało ranienie tych sług Ciemności.



Rozsiedliśmy się wszyscy na górnym piętrze karczmy, nie naruszonym podczas ataku. Jak już wiedzieliśmy ten budynek stał się bezpański, bowiem jego omdlały właściciel nie uszedł niestety uwadze bestii. Jedynie Eor z nas był na tyle zdrów, by móc ryzykować wyprawę na celi sprawdzenia kto przeżył, lecz wojem on nie był, a magia jego osłabła. Toteż postanowiliśmy zregenerować siły, jednak wciąż możliwy był powrót wrogów, na czego wypadek na straży schodów stanął ranny wojownik.
Po około godzinie zaalarmował nas, iż coś w tych ostatnich godzinach nocy zbliża się ku naszej gospodzie. Wypoczęty już wystarczająco by móc mieczem władać stanął jam, marząc o tym by ta niepewność wreszcie minęła i bym mógł się porządnie wyspać, bo nieco mgliście przed oczyma robiło mi się od miejscowego piwa (przecież musiałem jakiś środek usypiający znaleźć), ale trzeba było przyznać że dobrze je wyważono.
- Jam Pelor, członek Gildii Wojowników. Czy ostała się tu jakaś żywa dusza? - rozległ się nawołujący głos z dołu, a za nim odgłos kroczenia po schodach półtuzina nóg. Wkrótce wyłonił się Wojownik w poszarpanym pancerzu, okrytym grubą warstwą cieknącej krwi, tak jak i jego jednoręczny topór bojowy. Widziałem już wcześniej tego męża, chociaż tylko przez chwilę. Był jednym z podwładnych Sekretarza Aedrana.
- Bogom dzięki żeście żywi! Przysyła mnie Sekretarz Aedrn, bym odnalazł i przyprowadził przed jego oblicze pozostałych przy życiu zbrojnych.
- Atak ustał na dobre, Pelorze? - zapytał jam, miecz swój opuszczając, coraz bardziej przygniatało mnie brzemię zmęczenia.
- Tak. Nie wiedzieć- czemu nagle te cholerstwa opuściły Relit w pośpiechu, za co dzięki Bogom. Miasto przemieniło się w istne pobojowisko, lecz jest już bezpieczniej.
- Nie na długo. - ozwał się Orrinnita wychodząc z pokoju przy schodach.- Oni powrócą, szlachetny panie. Jam Eor, członek Zakonu Orrina. Znam się na tych wynaturzeniach lepiej niż ktokolwiek inny. To był tylko pokaz siły, oni wrócą, a póki co pozostawili wielu z nas na śmierć- z ran, jeśli te bestie okażą większą cierpliwość- to i od choroby, bo wątpię byśmy zdołali szybko usunąć- zwłoki z miasta. Czy Sekretarz żyje?
- Tak, mości Strażniku. Oczekuje was w siedzibie zarządcy. Zebrała się już tam większość- zbrojnych, którzy przetrwali atak.
- A co z cywilami, Pelorze? - spytał jam zaniepokojony o los tych bezbronnych istnień.
- Większość- nie żyje. Lecz około setki udało się odnaleźć- , przybyli już przed oblicze dowódcy.
- Setki?! Toż to zaledwie około jednej dziesiątej ludności Relit! - wykrzyknął zatrwożony ranny elf.
- Niestety tak. Ze zbrojnymi jest jeszcze gorzej. Żaden strażnik nie zachował życia. Sekretarz Uos i jego oddział zostali starci w proch, wobec znacznej przewagi liczebnej nieprzyjaciół. Natomiast Sekretarz Torus zdołał zachować- tylko marną garstkę ze swej licznej grupy. Nasze szeregi są znacznie przerzedzone. Jak sami rozumiecie, panowie, z mieszkańców i najemników została nieliczna grupka, nie mająca szansy się wybronić- czy zachować- w Relit. Musimy podjąć- szybkie i zdecydowane kroki. Jest z wami Deadron?
- Tutaj...- dobiegł cichy głos z pokoju, w którym odpoczywaliśmy, gotowi na atak w każdej chwili.
- Zbierajcie się jak najszybciej. Nie możemy dłużej czekać- , zacni panowie. Czas nie jest dla nas sprzymierzeńcem, jak słusznie stwierdziłeś Strażniku Eorze.
- A więc do Aedrna.


Wszyscy wkrótce po ciężkiej, dla zmęczonych nas, drodze znaleźliśmy się w siedzibie zarządcy Relit. Za okazałym, choć zbrukanym posoką, biurkiem oczekiwał na nas nasz starszy dowódca. Jego wygląd wskazywał, iż nie miał czasu doprowadzić się do porządku po starciu.
- Siadajcie, mężni panowie. Zapewne zdajecie sobie sprawę czemuż to chciałem was widzieć- ?
- Doskonale, Aedrnie. Ilu wojów zdołałeś już zebrać- na nowo pod sztandarem Gildii? - ledwo dosłyszalny szept Deadrona promieniował dostojeństwem. Wyglądało na to, iż był to ktoś ważniejszy niż można by przypuszczać- , a na dodatek przyjaźniący się z Sekretarzem. Zatroskany dowódca jeszcze bardziej zmarszczył czoło, z bólem w głosie rzekąc:
- Dwudziestu łącznie, nie licząc was. - jego ostry wzrok przebiegł uważnie po nas wszystkich, zatrzymując się na moment na wciąż zakapturzonym magu, by spocząć- z całą swą siłą na mnie. - Toż ty zwiesz się Ynglif, tak?
- Tak, panie. - lakonicznie mu odparłem.
- Przestań, Aedrnie. - rzekł pospiesznie i ostro Deadron, odczytując z twarzy przyjaciela jego zamiary. - Ynglif dzielnie walczył podczas starcia. Powalił aż trzech nieprzyjaciół, ponadto zawdzięczam mu życie. Gdyby nie on, jedno z tych zwyrodniałych cholerstw rozszarpało by mnie na schodach. Właściwie jeszcze jednej osobie zawdzięczam życie - Eorowi, zarówno ja, jak i Ynglif i nasz milczący, raniony kompan. Gdyby nie jego czary nie zdołalibyśmy objąć- pozycji obronnych, na jakich zdołaliśmy dotrwać- do końca szturmu.
Uważnie oceniając mnie swym surowym spojrzeniem, Sekretarz powstał i uścisnął mą dłoń.
- Wybacz mi, Ynglifie. Myliłem się co do ciebie. Teraz już wiem, iż twe słowa odnośnie zajścia z Sekretarzem Keranem musiały być- prawdą. Przywracam cię w obowiązkach Wojownika. Od teraz, Nowicjuszu Ynglifie, możesz zwać- się pełnoprawnym Wojownikiem z Gildii naszej.
- Dzięki ci, panie. - doczekał jam się nagrody za bohaterstwo swe, co zadowoliło mnie.
- Przejdźmy teraz do ważniejszych spraw. Nie będę tu bezczynnie czekał na powrót tego pomiotu. Trzeba jak najszybciej odnaleźć- i zniszczyć- ich siedziby. Podejrzewa, że za dnia mogą być- bezbronni, czyż nie, szanowny Kluczniku?
- Dokładnie, wielmożny panie. Te istoty pobierają energię z otoczenia, podczas swego snu za dnia. Niełatwo je z niego wyrwać- , więc istnieje szansa na unicestwienie ich, nim zdążą zdać- sobie sprawę o ataku.
- Tylko jak je odnajdziemy i kto po tej batalii będzie wstanie to uczynić- ? - wyszeptał z wątpliwością Deadron, wciąż poważnie osłabiony.
- Wymarła roślinność- i ślady pospiesznego powrotu zaprowadzą nas ku im. Najprawdopodobniej tym razem nie starali się zadzierać- za sobą śladów. Lecz ze śmiałkami, którzy odważą się wyśledzić- i stanąć- przeciw tym sługusom Ciemności może być- znaczny problem...- rzekł z namysłem Klucznik, ważąc każde słowo.
- Na razie zajmiemy południową część- miasta, została najmniej naruszona. Tam zbierzemy siły na ostateczną rozgrywkę. Ktoś winien zostać- wysłany z poselstwem do naszego zleceniodawcy, a co ważniejsze do wojska. Armia powinna wreszcie zainteresować- się tymi wydarzeniami. Ponieśliśmy nazbyt duże straty, przez bezmyślność- Głównodowodzącego Degajoxa, gdy podpisywał z panem Orsou układ, zobowiązujący całą organizację i to jeszcze do tej misji. Postaramy się wywiązać- ze zobowiązań, lecz nie zostaniemy tutaj dłużej, aniżeli to konieczne. Tak ma się stać- .
- Wybacz, panie, żem ci przerywam, lecz czy ocalał ktoś z Enhult? - zapytał jam, przypomniawszy sobie o prośbie Melphiora.
- Przykro mi. Ta niedoświadczona grupa, niedawno wcielona do Gildii, nie miała szans. Właśnie, Ynglifie, uważam iż to tyś powinien wyruszyć- z poselstwem. Oczywiście w towarzystwie Sekretarza Torusa. Jest powszechnie poważany w najemniczych kręgach, a jego autorytet i silne ramię mogą być- wysoce pomocne. Zaś ty znasz osobiście Melphiora, a pan Orsou powinien sobie cię przypomnieć- i ci uwierzyć- , nie mówiąc o tym, że Torusowi nie zaszkodzi bardziej niż on powściągliwy towarzysz, jeśli wiesz co mam na myśli. - Aedrn uśmiechnął się blado, wyczekując ode mnie o dziwo odpowiedzi.
- Dobrze, panie.



- Bądźcie pozdrowieni, Sekretarzu Torusie i ty, Ynglifie. Co was do mnie sprowadza? - po wielkiej sali przyjęć- , w siedzibie Rodu Helos, niósł się tubalny, potężny głos Orsou. Po długiej i niezbyt bezpiecznej podróży, dotarł jam przed jego oblicze, razem z Sekretarzem, którego pomoc okazała się niezbędna w torowaniu drogi. Nadzieję jam miał, iż poselstwo, z którym najpierw do niego się zwrócić- postanowiłem, zostanie pozytywnie przyjęte.
- Witaj, panie. Przynoszę wiadomość- od Sekretarza Aedrna, dowódcy jednostek w Relit. - zacząłem, gdyż kompan mój wolał walczyć- niż przemawiać- , więc mi przypadła wątpliwa przyjemność- przedstawienia naszemu zleceniodawcy sytuacji.
- Słucham. - głowa Rodu Helos zmarszczyła nieco czoło, słysząc słowo "dowódcy" przy imieniu Sekretarza Aedrna.
- Jednostki ze wszystkich Gildii, jak ręczył Głównodowodzący Degajox, dotarły na miejsce, panie. - tutaj głos mój się zachwiał, a ja sam na chwilę przerwałem, ślinę przełykając.
- Lecz...?
- Te kreatury w przeważającej liczebności przypuściły szturm na miasto. - oschle uzupełnił mnie Torus, wyrzucając z worka, który tu przyniósł, głowę jednej z tych odrażających kreatur. - Pojawiły się znikąd, zabijając straże. Odparliśmy je, lecz straty w zbrojnych i ludności są znaczne. - bezceremonialnie rzucony czerep upadł u nóg pana Orsou. Ten z wyraźnym przerażeniem w oczach zaklął siarczyście, wtem jego spojrzenie zapłonęło ogniem, gdy zwrócił je ku nam.
- CHILHIG...- rzucił ze zgrozą - Weź ten czerep, Sekretarzu. Nie życzę sobie by tutaj leżał. Ottonie!
- Tak, panie? - dało się posłyszeć- szybką odpowiedź dowódcy straży, który z bronią podniesioną wyszedł z konta sali, oczekując rozkazów.
- Jutro wieczorem ma się tu stawić- najwyższy rangą wojskowy w okolicy, chcę, by miał tu rzeczywistą władzę, umów spotkanie.
- Tak jest, panie.
- I jeszcze jedno.
- Tak?
- Straży, opuście salę, chce zostać- na osobności z mymi gość- mi. Każdy, kto nam przeszkodzi lub będzie podsłuchiwać- srogo tego pożałuje. Odejść- ! - strażnicy w milczeniu odeszli, zostawiając nas samych, za grubymi, wręcz stworzonymi w celach odpierania tarana uderzeń, odrzwiami zdobionymi.
- Panowie, zaszła potrzeba rzeczowej i szczerej rozmowy. Sprawa jest zbyt poważna, by można było cokolwiek przeoczyć- . Zdajcie mi szczegółowy raport. - bezbarwnym głosem pan Orsou zażądał rozeznania w sytuacji.
- Oczywiście, panie. - zaczął jam wydarzenia dotyczące rzezi w Relit odtwarzać- z jak największą dokładnością, przyciągając tym skupioną uwagę szlachcica. Jakem długo musiał przemawiać- , by ze szczegółową dokładnością wszystko odtworzyć- , mego towarzysza nieokrzesanego znużyło to, lecz na szczęście na razie nie popełnił kolejnego znacznego nietaktu. Gdym skończył, zapadło złowrogie milczenie, prawdopodobnie słuchacz układał myśli, lecz nasz gospodarz był wysoce nieprzewidywalny. Po dłuższej chwili przemówił wreszcie.
- Relit zbyt duże straty poniosło, by kontynuacja wydobycia była możliwa. Ubolewam nad waszą stratą, Wojownicy. Zwalniam was z naszego kontraktu, opuść- cie to miasto. Gdy wasz przedstawiciel zjawi się po resztę wynagrodzenia, dostanie czwartą część- tego, co winno wam przypaść- , gdyż zlecenie nie zostało wypełnione, ale doceniam wasz wkład. Nakłonię wojsko, by powstrzymało ekspansję tych wynaturzeń na ziemie Królestwa. Ach, zapomniałbym. Czy znalazł się wśród was Orrinita imieniem Eor?
- Tak, panie. Osłabiony, lecz żywy wyczekuje wraz z garnizonem Relit na twą decyzję. Bardzo nas wspomógł podczas potyczki, możliwe, iż dzięki jego wiedzy uda się zlikwidować- jeszcze paru nieprzyjaciół.
- Doskonale. Mój posłaniec dotrze tam najszybciej jak się da, przekazując postanowienie me. Jesteście zwolnieni z reszty poselskich obowiązków, panowie. Sam o nie zadbam, a wy zregenerujcie siły i może rozważcie dalsze losy waszej Gildii? Możecie odejść- .
- Wybacz panie, za brak ogłady mój, lecz cóż się stanie z protekcją dla naszej Gildii? - przymilnym tonem upomniałem się o tą jakże istotną informację.
- Nie udzielę wam jej. Ten temat nie podlega dyskusji, a teraz, wybaczcie. - wtem rozległ się przedśmiertny krzyk, przepełniony przerażeniem i bólem. Natychmiast Straż, niepomna na nie zwolnienie jej z rozkazu pozostania przed salą, lojalnie stłoczyła się w sali przyjęć- , wchodząc głównym i prywatnym, bocznym, wejściem.
- Panie, nic ci nie jest?!
- Nic. Co to się dz...- wyraźnie zaintrygowanego szlachcica mowę, przerwał zwierzęcy ryk. Jak zwykle, zgodnie z zaleceniami gospodarza, złożyliśmy mu wizytę w wieczornej porze, więc bardziej, niż można by przypuszczać- , zatrwożyły mnie te dźwięki, gdym ostrza dobywał.
- EKOHCITRA! - w raz z nawołującym krzykiem, z rykiem wpadły do sali głównym wejściem dwa stwory, te, z którymi już raz starliśmy się w Relit. Bez problemu stratowały i rozszarpały one kapitana straży oraz jego podwładnych, biegnąc prosto ku panu Orsou, a więc i nieszczęśliwie mnie oraz Sekretarza miały na drodze. Jakem uskoczył w bok, za kolumnę podtrzymującą strop niemałej sali, uniknął jam zamaszystego cięcia wielkiego claymora Sekretarza. Niespodziewająca się oporu bestia ze zdziwieniem straciła potężne ramię, którym się zasłoniła. Cięcie wielkiej siły tuż po twardym ramieniu, doszło do głowy, oddzielając ją dosyć- równo od tułowia. Olbrzymie cielsko zaskoczonego stwora padło tuż obok stóp Torusa, wręcz u jego stóp. Toż to niebywałe! Tą straszliwą istotę, która w najlepszym wypadku trzech mężów do grobu ze sobą zabierała, powali sam jeden człowiek i na dodatek bez choć- by zadrapania!
- Uważaj! - wzniósł się mój okrzyk do Sekretarza, gdy na tego natarł olbrzym. Lecz porzucając claymor swój, Torus zdołał na czas paść- i się przeturlać- jak najdalej od agresora. Dwa łapska wielkim zamachem obaliły na ziemię solidną kolumnę, której przypisano los, należący się komu innemu. Nim zdążyłem powstać- , orientując się, iż nic tego cholerstwa nie zatrzyma w drodze do głowy Rodu Helos, dwóch strażników rozerwanych z dziecinną łatwością poszybowało aż pod sufit. Dla CHILCHIG'a pancerz był niewiele twardszy, niż pergamin.
- Nie!!! - wykrzyknąłem, porywając się do szaleńczego biegu ku podwyższeniu, gdzie postała stopa bestyi, tuż przed szlachcicem.
- Nigdy mnie nie weźmiesz żywcem, CHILCHIG'u! - zakrzyknął wojowniczo pan Orsou, wyciągając przed bestyię prawicę, jakby miała ją odepchnąć- , a czasu było już coraz mniej. Nagle, gdy wyglądało na to że to już koniec szlachcica, a ja nie miałem szans uprzedzić- szybkiej kreatury, stwór został nienamacalną siłą odrzucony parę stóp od gospodarza, na jego jeden, władczy gest.
- Teraz, Wojowniku! - widząc mnie tuż obok chwilowo oszołomionej bestyi zakrzyknął z władczością wielką w głosie. Wypuszczając wiążący się w ustach mych okrzyk bojowy, dodający temu, kto go użył na chwilę krótką pewności siebie, znad głowy ciosem przepołowiłem błyskawicznie czerep stwora. Tego już nie mógł przeżyć- .
Ponurym wzrokiem oglądając zakrwawione szczątki straży, rozrzucone po całej Sali Przyjęć, olbrzymi wojownik z claymorem swym podniesionym podszedł do pana Orsou, stając przed nim w pozie obronnej.
- Może ich być- więcej. - skwitował krótko.
- Nie, były tylko te dwa. Nie pytajcie skąd to wiem, ale tak jest, panowie. Dzięki wam, uratowaliście me życie. Nie zapomnę wam tego. Dzięki stokrotne, lecz teraz proszę was o opuszczenie mojej posiadłości, bez zadawania pytań. Na wszystko przyjdzie czas. Pozostańcie w mieście, niedługo, gdy się z tego otrząsnę - szlachetnie urodzony zaskoczonym, lecz nie wstrząśniętym (więc się tego spodziewał, tylko nie teraz?) wzrokiem obejrzał pozostałości po rzezi - znajdę dla was dobrą pracę, Wojownicy.
O nic nie chciałem pytać, wystarczył już sam fakt natarcia tych bestii. Ja i małomówny Sekretarz opuściliśmy posiadłość pana Orsou, zmierzając oświetlonymi księżyca światłem (oraz latarni) ulicami ku najbliższej gospodzie, w której miło widziano członków Gildii. Cóż, przynajmniej wystarczająco przychylnie, by z obnażoną stalą się na nas nie rzucono, a zdarzały się już innym Wojownikom takie przypadki.



- Ynglifie, muszę cię przestrzec. - rzekł spokojnym, ostrożnym tonem mój towarzysz, gdyśmy popijając piwo upewnili się, że nikt nie podsłucha naszej rozmowy.
- Przed czym, szanowny Sekretarzu? - umyślnie zniżając głos, jak mój małomówny druh, zapytałem nieco zaniepokojony. Ten człowiek miał opinię nie rzucającego słów na wiatr, więc sprawa musiała być- poważna, skoro tak dobrał słowa.
- Odmów współpracy z Orsou. Nie ma dla ciebie już przyszłości w Gildii. Szeregi nasze zostały rozbite, jedynie paru weteranów to przeżyło, a oni na pewno pójdą o to w waśń z Głównodowodzącym. Od początku Orsou pomagał się nam wybić- , chociaż nie wszystkim się to podobało. Teraz już za późno. Jesteśmy mu niepotrzebni jako organizacja, więc pozwoli na nasze zgładzenie, a wierz mi, wielu z jego wrogów ma z nami porachunki, za służbę u niego. Szybko się wzbiliśmy i jeszcze szybciej spadliśmy, taka jest prawda.
- Sekretarzu...- jedynie tyle zdołałem z siebie wykrztusić- , oniemiały ze zdziwienia.
- Orsou posunął się za daleko, wysyłając nas na śmierć- , jedynie po to, by zyskać- na czasie. Nie zastanawia cię, czemuż to tak szybko potoczyły się wydarzenia z twoim udziałem i czemuż to tak dramatyczne oraz szybkie zakończenie jest im przepowiedziane?
- Nie, nigdy tak o tym nie myślałem, Sekretarzu. W tym wszystkim nie miałem czasu na poświęcenie się rozmyślaniom, lecz do czegoż to zmierzasz?
- Nie potrafię tego jednoznacznie powiedzieć- , czy uzasadnić- , ale lata tułaczki po Królestwie nauczyły mnie wierzyć- przeczuciom. Z jakiegoś powodu masz duże znaczenie. Nosisz w sobie olbrzymi potencjał, to widać- . Żaden początkujący wojownik nie przeżyłby spotkania z tymi martwymi bestiami, nie mówiąc o psychicznym pozbieraniu się po spotkaniu z nimi, gdyby jakimś cudem je przetrwał.
- Wyolbrzymiasz to, wielmożny panie. Wpadłem tylko w nurt weterańskich i politycznych porachunków, co było prawdopodobne, przyłączając się do tak młodej organizacji i zarazem skupiającej tyle sław, jak Gildia. - zaprzeczyłem, nie wierząc w przypuszczenia Torusa. Przecież byłem tylko młodym szlachcicem, który dobrze władał mieczem, pragnącym żyć- szybko i intensywnie, a wybrałem ścieżkę woja.
- Znasz przepowiednie o Wcieleniu Lorda Nerona?
- Ależ to absurd, wybacz mą zuchwałość- panie, lecz chyba za dużo już wypiłeś. Lepiej udaj się na spoczynek. -zaprzeczyłem kategorycznie. Ta przepowiednia była od dawien dawna powtarzana, lecz nigdy się nie spełniła, nawet wtedy, gdy prorocy krzyczeli iż nadchodzi jej czas. Wszystkie Wcielenia okazały się fałszywe, to był jedynie ludowy przesąd.
- Już niedługo przekonasz się o prawdziwości mych słów. - obiecał Torus, wstając od stolika.


- Pan Orsou was wzywa, panowie. - zakomunikował nam chłopiec, który przybył z wezwaniem od szlachcica, gdy kończyliśmy śniadanie w gospodzie.
Przybędziemy niebawem. - rzekł od niechcenia małomówny olbrzym, rzucając chłopcu monetę. Ten skłoniwszy się lekko, odbiegł, zadowolony ze srebrnika, który dostał za przekazanie wiadomości. Wkrótce po tym, zgodnie wyszliśmy, krocząc pewnie ku posiadłości głowy Rodu Helos. Przed bramą zatrzymało nas dwóch strażników miejskich, lecz od razu, gdy usłyszeli imiona nasze, wpuścili nas do środka. Tam też mijając kilku podobnych mężów, wkroczyliśmy do środka. Więc pan Orsou zwrócił się do władz o ochronę, którą uzyskał. Dalej, dywanem czerwonym, wśród portretów znamienitej rodziny Helos, kroczyliśmy, aż pięknie zdobione odrzwia zagrodziły nam drogę. Ku memu zdziwieniu wielkiemu, lecz i zaniepokojeniu, na ich straży stał Obrońca Korony. Jego złota zbroja odbijała ze wspaniałym błyskiem światła pochodni, reszta pancerzu jego miała ciemnej czerwieni ze złotem przeplatanej kolor. Ciężko opadający na barki rycerza płaszcz ze szlachetnych materiałów drgnął, gdy ten, z podniesioną przyłbicą wymyślnego hełmu, pozdrowił nas, nakazując wejść do środka. Gdyśmy tylko w obszernej sali znaleźli się, a odrzwia zatrzasnęły się za nami, tubalny głos rozległ się nam na powitanie, był to pan Orsou.
- Witajcie, Wojownicy. - tym razem nie słychać- było już w nim władczości, również pewność- siebie szlachcica była rozwiana. Wnet zrozumiałem co to spowodowało. Czterech okazale prezentujących się Obrońców Korony z lewej i prawej strony sali stało, zaś człowiek, wyglądający na ich dowódcę, tuż obok szlachcica, pewny siebie, postanął. Lecz cóż mogło sprowadzić- tu najświetniejszych rycerzy Królestwa, Obrońców Korony? Obawiałem się, iż pan Orsou, wmieszał nas w coś znacznie większego, niż mógłbym się spodziewać- i to na dodatek sprzecznego z interesem Korony. Jakże by inaczej wytłumaczyć- ich obecność- ?
Mąż, stojący u prawicy gospodarza, zdjął hełm, ukazując swe surowe oblicze. Jego długie, czarne włosy, zaplecione z tyłu głowy w kucyk, kamienna twarz, śmiertelnie groźnie i zarazem spokojne spojrzenie, liczne blizny, z tego jedna, największa i najgłębsza na policzku...Nie sposób było nie poznać tej wręcz legendarnej postaci w Królestwie. Był to Lord Armston, najznakomitszy z Obrońców Korony! Zwano go Upadłym Enumedis, gdyż kiedyś wśród nich ważny, zadał im cios potężny, spychając na ubocze, z pomocą Erekates. Lecz to działo się już przeszło dwa wieki temu, ale stosunki wciąż były z Enumedis, między innymi przez niego, wyklętego przez swych rodaków, napięte. Lecz cóż mogła znaczyć tu obecność tego starego, poznaczonego bliznami Obrońcy Korony, starszego nawet, niż sam Król?!
- Ynglif, syn Kartezjusza z Ehlon, z rodziny kupieckiej Ort? - oficjalnym tonem Lord Armston zadał swe pytanie, lustrując mnie swym niebezpiecznym spojrzeniem. Od dawna nikt nie zwracał się do mnie tak oficjalnie, rzadko w naszym Królestwie zdarzały się identyczne imiona, więc potrzeba takich zwrotów rzadko się zdarzała.
- Tak, jaśnie panie. - odparłem, starając się, by zabrzmiało to uprzejmie.
- Jego Królewska mość- wzywa cię przed swe oblicze. - zabrzmiał bezbarwny głos. - Król nakazuje ci przybyć- niezwłocznie. Wierz mi, Ynglifie, to wielka łaska. Jest to koniec tego okresu twego życia, lecz wielkie, niespełnione jeszcze czyny przed tobą stoją, a drogę do nich właśnie ci otwieram.- przez moment głos surowego Obrońcy Korony zabrzmiał cieplej.
- Niestety, nie mamy więcej czasu na wyjaśnienia. Musimy natychmiast udać- się w podróż, czas nas nagli. Czy jesteś gotowy do wypełnienia rozkazu Korony? - zapytał, a właściwie rzekł głosem nie znoszącym sprzeciwu, Lord Armston. Nie miałem wyjścia, każdy w Królestwie wiedział, co znaczyło przeciwstawić- się woli Króla, gdy w pobliżu znalazł się Obrońca Korony. Rzekłem: "Tak", z odwagą krocząc ku nowej, oby lepszej, przyszłości, porzucając przeszłość- , chociaż głowę mą atakowały liczne wątpliwości.


Koniec części pierwszej Opowiadań Ynglifa


KOMENTARZE:

Brak komentarzy


DODAJ KOMENTARZ

Pola oznaczone gwiazdką są obowiązkowe

Podaj swoje imię*:
Podaj swój adres email:
Zapisz słownie cyfrę 6*:



Zawarte tu prace moża wykorzystywać tylko za wyraźną zgodą autorów | Magor 1999-2018 | Idea, gfx & code: Vaticinator | Twoje IP: 54.82.7.231