autor pracy:
Aquilion & LVeehal


data zamieszczenia: lata temu
inne prace autora:
    Nie masz jeszcze swojego konta? Zarejestruj się. Po pierwsze
    podaj swój nick:
    Wróc do menu: relacja

    Kłakon 2002
    Weekend z wilkołakami, czyli co się wyprawiało na jesiennej edycji Kłakonu


    Wstęp by Aquilion

    Tej jesieni, pomiędzy 8 i 12 listopada po raz drugi odbył się w Warszawie konwent miłośników gry "Wilkołak:Apokalipsa" zorganizowany przez Wirtualny Caern. Zjechało się sporo filcokłaków ;-) z całego kraju, a między nimi znalazła się również dwójka wrednych, złośliwych i cynicznych Bastetów (dla laików- Bastet to są kotołaki w Świecie Mroku)- ja, Swara (gepardołak) Aquilionem lubo też Północnym Wiatrem zwany i Bubasti (jakowaś inna ścierka do kurzu) zwana LVeehalem lub Pikachu (ale to przez złośliwych- czyli mnie). Teraz zamierzamy przed szlachetną publiką opowiedzieć o wszystkich niegodziwościach, jakie się podczas tego wojątkowo futrzastego spotkania działy...

    The LVeehal Story- dzień pierwszy (piątek) Uwaga! LVeehal przemówi!

    Na Kłakon dotarłem przed terminem rozpoczęcia, tj. około 16, znalazłem miejsce, po czym udałem się na stację metra po Raaviego (wierzcie mi wszyscy, którzy go nie znacie- nie chcecie go poznać- Aquilion;-)). Dotarliśmy na miejsce za dwadzieścia siedemnasta i zostaliśmy zapisani pod numerami 3 i 4 (o ile mnie moja skleroza nie myli, to przez Thilnen(Starsza Wirtualnego Caernu) osobiście:). Dostaliśmy teczki z programem, oraz jakiś dziwne karteczki kojarzące się z kartkami na mięso (z tym że były na larpa i na sesję. Nie wiem, o co chodzi, coś ktoś mówił, że chodzi o to żeby każdy mógł być na max na jednym larpie i na jednej sesji, żeby nie było, że ktoś nie był na którymś czymś, ale chyba się nie sprawdziło, bo byłem na 4 larpach i 0 sesjach (no, na jednej prawie byłeś- Aquilion);). Następnie udaliśmy się na dół, gdzie zaczęliśmy nawiązywać znajomości (cusz, jak to fajnie jest znaleźć kogoś, kto lubi grać Bastetem.. poza tym hm.. fajnie się bawiło piłeczką, sznureczkami, piórkami itd, mrau;) O siódmej poleźliśmy na prelekcję 'wilkołak dla początkujących', gdzie uzupełniłem swoją, cokolwiek niewielką wiedzę na temat świata przedstawionego w tym systemie, i przy okazji dowiedziałem się, że gdybym był wilkołakiem, to na mur byłbym ragabashem. No, ale nie jestem (miau:). Następnie pozbyłem się towarzystwa Raaviego i przymierzyłem się do larpa Tancerzy Czarnej Spirali (Od 18 lat, ze względu na elementy bitewne. A już myślałem, że będzie orgia;)))). Kiedy wreszcie przybył prowadzący (tj Kadet), większość przyszłych Tancerzy miała twarze wymalowana w różne dziwne wzorki i wyglądała mniej lub bardziej zabójczo. Mieliśmy utworzyć dwie grupy (dwa plemiona). Potem mieliśmy jeszcze problemik z wymyślaniem sobie imion. Ponieważ Imię Tancerza to pierwsze słowa jakie powie po wyjściu ze Spirali (o ile dobrze pamiętam), usiłowaliśmy wymyślić coś co będzie brzmiało możliwie mało głupio i tendencyjnie;). Alfa wymyślił wcześniej, że nazywa się "Następny", my w końcu wylosowaliśmy sobie imiona z książki, towarzysz niedoli miał "Przysięga", a ja swojego zapomniałem po dwóch następnych minutach. Kiedy usiłowaliśmy wymyślić następne imię, powiedziałem "No wymyślcie coś. Cokolwiek", no i dostałem na imię "Cokolwiek". (cut! LVeehal za bardzo się rozpisuje- Aquilion) Akcja larpa polegała na tym, że na czyimśtam (naszym? ich? skleroza) terenie znaleziono pazur, czy tam kieł Żmija, który może przyśpieszyć apokalipsę. Dostaliśmy rolę młodej, ostrej i agresywnej sfory, dla której apokalipsa ma być tu i teraz, do czego należy wykorzystać kieł. Druga grupa miała nie wiem, jakieś opory czy coś, Pentex zawsze mąci, changeling i pooka nie wiem po co się pałętały (no w sumie, tak potężna rzecz przyciąga wszelkie mniej czy bardziej potężne istoty). Na samym początku zebrania w sprawie co z tym fantem zrobić i kto ma go mieć, changeling rzucił..a! ee.. co to było.. traktat? rozejm? protokół? tak, chyba to. No, w każdym razie polegało to na tym, że nie można bić się na miejscu spotkania, tylko na arenie (kawałek sali wyłożony materacami), a kto nie będzie respektował, to w skrócie wpier... (no powiedzmy, że lanie.- Aquilion) ;). No więc zebranie rozpoczęło się przy dźwiękach hardcore/death metalu/czegośtam, które w połączeniu z atmosferą posprejowanego bunkra tworzyły bardzo miły efekt;). Od samego początku, po prezentacji zaczęliśmy prezentować ogólną niechęć do wszystkich, a to warcząc, a to rozpychając się i zachowując ogólnie agresywnie. Druga grupa tancerzy próbowała nas temperować, momentami zachowywali się jak srebrne kły i bredzili coś o dobrym zachowaniu;). Parę bójek wszczętych przez nas zakończyło się cokolwiek obrażeniami uczestników (głównie nas i penteźu, bo koło nich staliśmy, więc było z kim zaczynać;). Jakieśtam negocjacje były prowadzone, nie wiem o co chodziło, Przysięga został w efekcie jakiejś przepychanki śmiertelnie ranny, changeling go podniosła z prawie-martwych;), w efekcie końcowym nasz Alfa wyzwał na pojedynek Alfę drugiej grupy (była nią Srebrny Szał). Akcja przeniosła się na Arenę. Walka miała odbywać się w bardzo prosty sposób: każdy uczestnik miał przyklejony taśmą papierek na piersi, zerwany oznaczał ranę (jak się okazało, jeżeli urwany był tylko papierek, a taśma zostawała, to była lekka rana, jak całość to ciężka). Walka odbywała się na materacach bez butów, co wpłynęło dodatkowo na atmosferę larpa (tj. zaczęło śmierdzieć Żmijem;)) W ramach pojedynku Przysięga i ja wylosowaliśmy w trybie "papier, nożyce, kamień" szał, i mieliśmy w trakcie wskoczyć na Arenę i zaatakować kogokolwiek. Trzeba przyznać, że mi tam nie robiło różnicy kogo zaatakuję, bo przed larpem zdjąłem okulary i nie widziałem prawie nic, co objawiało się warczeniem na wszystkich jak leci, i w wypadku walki, atakowaniem kogo popadnie. Kiedy walka rozpoczęła się, wpadliśmy na arenę razem z partnerem wrogiej alfy, który wyleciał sobie z umbry (słucham?). Przysięga zerwał przeciwnej alfie pasek, ja osobiście rzuciłem się na naszego, co prawda trochę bez celu i sensu, no ale byłem w szale;). Jooł. W tym momencie (walka miał być do pierwszej krwi) na arenę wpadli wszyscy inni tancerze (oprócz chyba dwóch) i pentex. Zaczęła się totalna jatka. W ślepym szale;) pomiotałem się trochę, pomocowałem się z kimś, a ktoś inny zerwał mi papierek i zostałem lekko ranny. 'Następny' zresztą też. Na obrazowo opisanym (wszędzie walają się czyjeś flaki, jest ślisko od krwi, po ścianie spływa jakiś płód - wraża alfa była (podkreślmy słowo była;) w ciąży) polu bitwy zostało w całości tylko dwóch reprezentantów naszej grupy, tj. Przysięga i Noc siedmiu trupów. Pochodzili trochę po pobojowisku, i rozmaślili spływający płód na innej ścianie, na co umierający partner alfy siłą woli rzucił się na nich ze swoim srebrnym klaivem... W efekcie finalnym nasz alfa przegryzł konającej gardło i stał się jedynym alfą w okolicy, czyli przywódcą wszystkich. Z poharatanych stron uczestników walki ocaleli z lekkimi ranami (właściwie już podleczonymi w tym momencie) jeden szeregowy członek drugiej grupy, nasz alfa i ja. Zabraliśmy się zatem za dobijanie pentexu (na wszelki wypadek). A potem na skutek irytacji Kadeta przyszły trolle wezwane wcześniej przez changelinga i zarąbały wszystkich. Z tej okazji na końcu były małe niesnaski, ale w sumie było i tak miło;). Potem okazało się że jest 4 rano i muszę iść, żeby się wyrobić na sobotnie zajęcia.

    The Aquilion Story- dzień drugi (sobota)

    Na teren konwentu przybyłem w godzinach przedpołudniowych i niech mnie Anubis żywcem porwie, ale nie pamiętam dokładnego czasu. Na miejscu dostałem numerek pięćdziesiąty pierwszy (buu! pięćdziesiątka dostała kostkę za darmo!!!) i moje dane zostały spisane przez osobnika zwanego Nadirem. Dostałem teczuszkę z kartą postaci, regulaminem, programem zajęć i bardzo socjalistycznymi kartkami na mięso (mięso, LARP, sesja... Co za różnica?!) i udałem się szukać osób z którymi byłem umówiony- czyli Raaviego i LVeehala. Wiedziałem, że LV będzie dostępny dopiero wieczorkiem, więc pozostawała kwestia znalezienia tego drugiego.
    O Odnalazłem Raaviego na zajęciach z plastyki plemiennej, czyli na robieniu fetyszów do wilkołaka. Ponieważ i tak nie miałem nic do roboty, moje pójście tam zaowocowało stworzeniem super artefaktycznego kołka na wampiry z dużą ilością piórek, koralików, skórek i piszczącą myszą przywiązaną do całości za ogon (wszak jestem Bastetem, muszę mieć jakowąś zabawkę;-)). Po tej zabawie (a przy okazji po solidnym zdołowaniu Raaviego i zawiązaniu znajomości z jeszcze jedną bastetką na konwencie) udałem się na turniej Ahrounów polegający na próbie zerwania z ramienia przeciwnika chusty- kopanie, bicie i duszenie zabronione... Też bym wziął udział, ale niestety po pierwsze nie jestem Ahrounem, po drugie nie pozwolili mi drapać i gryźć, a tak to ja się nie bawię ;-). Poza tym znalazłem wspólny język z osobnikien noszącym imię Smutek I Gniew (lupus, galiard z Czerwonych Szponów, a prywatnie siedemnastolatek o xywie Virus) i poszliśmy razem na piwo i vietnamskie żarcie (przy okazji odprowadzając Defekta na przystanek).
    Gdy powróciliśmy, dopisaliśmy się do listy na "LARP dla Fianny i Gnatożujów. Konieczne przebrania, instrumenty mile widziane." Wyszło z tego wyrąbiste Jam Session party. Najlepiej opisują to słowa LV "...Nie miało toto jakiejś widocznej fabuły, trzeba było sobie znaleźć jakiś dziwny instrument i na nim grać, byle mniej więcej równo. No to włożyłem do butelki po coli dwie bateryjki i zacząłem wespół z resztą czynić rozmaite efekty perkusyjne;). Było bardzo gnatożujsko i hałaśliwie, ale waliło się świetnie:) Na początku miałem grzechotkę gruboziarnistą (dwie baterie), potem baterie uległy rozkładowi i miałem grzechotkę drobnoziarnistą;). Z innych rzeczy był oczywiście wielki bęben Kastora, bębenek, bongosy, kosze na śmieci, garnek, doniczka, tekturowe pudełka, i różne inne "instrumenty";)..." Poza mną, LV i Kastorem zebrało się tam jeszcze parę innych osób min. Virus, DEF, Talli Cam. Chyba jeszcze przewinął się Kadet, ale nie jestem pewien. Więcej grzechów nie pamiętam, dziękuję.
    Następna zabawa w kolejce to prelekcja na temat "Jak grać lupusem?" (powinna się nazywać "Co gracz w wilkołaka o wilkach wiedzieć powinien";)- LVeehal) prowadzona przez Nadira- jeden z ciekawszych wykładów, na jakich podczas rozlicznych konwentów zdarzyło mi się być. Fajna dyskusja, ciekawe argumenty... No i twórczość Nadira na tablicy (hehehehe!!!)... Przy okazji okazało się, że na tyle osób, które prelekcje nawiedziły, tylko trzy zazwyczaj grają lupusami- reszta to same małpy!
    Po zakończeniu wykładu nastąpiło dość długie wykańczanie nerwowe kolegi Raaviego, który nie odważył się przejść blisko mojej skromnej osoby bez towarzystwa noża w garści. W końcu obraził się i sobie poszedł (o, wszyscy bogowie, których wyznaje, chwała wam za to!!!). Dzięki temu spokojnie mogliśmy się jescze chwil parę poop...
    W tak zwanym międzyczasie (zapisaliśmy się na LARPa na później) dołączyliśmy do ekipy chcącej rozegrać sesje w Warhammera. Niestety, skończyło się tylko na tworzeniu postaci- LVeehal dobił wszystkich tworząc niziołka-wojownika walczącego krótkim mieczem i patelnią bojową z czerwonym kółeczkiem i napisem TEFAL...
    ...A potem przyszły przygotowania do LARPu "Indiańskiego" prowadzonego przez Nomę. Przez jakieś półtorej godziny wykłócaliśmy się z Narratorką, o to, czy możemy grać Bastetami. Ale i tak skończyło się na zwykłych pieskach ;-). Ja zostałem Ragabashem z plemienia Ukteny o wdzięcznym imieniu Mika (tylko dlaczego w tłumaczeniu to brzmiało jak "Mały Mądry Szop"?!- Namo się chyba za dużo Pocahontas naoglądała ;-)) należącym do Rady Plemienia, a kolega LVeehal został Galiardem z Ukteny, Uczniem Barda (imienia postaci nie pamiętam, ale dokonał wielkiej rzeczy- połowa uczestników LARPa miała ochotę go oskórować za nieustanne walenie w bębenek. Ale i tak udało mu się stworzyć jakiś chociaż minimalny nastrój, bo sama gra była senna i niemrawa. Rada (czyli, niestety, też ja) radziła co zrobić z posądzonym o zdradę szamanem, szaman się bronił, a LV dał sobie spokój z bębenkiem tylko przewrócił cię na grzbiet i musiałem go drapać za uchem. Chociaż gra nie była szczytem marzeń, to jednak było parę fajnych momentów- Noma genialnie odgrywała duchy (stąd się wziął się tekst "Wy głupie filcokłaki"), Kadet (chyba on) stworzył niezapomnianą i iście genialną kreację Nuwishy (kojotołaka)- założył na siebie skórę jakiegoś zwierzaka, na to wcisnął stary płaszcz i wetknął sobie skręta w gębę- po prostu cudo! O odgrywaniu już nie wspominając, bo to był majstersztyk. Ale w końcu któryś z Ahrounów nie wyrobił i zagryzł szamana. LARP się skończył i z niemałym trudem udaliśmy się lulu (było chyba po czwartej nad ranem- nie chcę zgadywać o której zasnęliśmy).

    Dzień trzeci (sobota)

    To był niestety dzień mego odjazdu z konwentu, więc te parę godzin wesołe nie było tak jakbym chciał. Powlekliśmy się z LV do bufetu, w którym dokonałem zakupu kanapki i pamiątki, w postaci fetyszowego woreczka. Jako Bastety chcieliśmy kupić mleko, ale nie chcieli nam sprzedać GRR! (TYLKO DO ***** KAWY!!!). Smętnie popełzneliśmy na górę po to, by stanąć oko w oko z przygotowaniami do nieoficjalnego LARPa "Gwiezdne Wojny", który sprowadzał się do dobrych Jedi, złych Jedi i okładania się kijami od szczotek. I tutaj wyszła psia mentalność Garou- jak tylko zobaczyli kota (czyli mnie), to niezależnie od tego kto w LARPie miał być z kim, cała sfora zrobiła huzia na Basteta... i jeszcze czasem mnie plecy po tych kijach bolą (dajcie mi miecz, to się z nimi policzę!!!).
    Niestety, ze względu na godzinę odjazdu pociągu, musiałem się zacząć koło dwunastej zbierać, a LV z własnej nie przymuszonej woli odprowadził mnie na dworzec. Po drodze zjedliśmy trochę żarcia made by Pentex (zgadnijcie jaka to knajpa ;-)) i wsiadłem do pociągu. Adios Kłakon, to the next time!

    LVeehal once again!

    Rano (no, może to była 12.. ale to rano;) odprowadziłem Aquila na dworzec i polazłem do domu umyć się (Bastet musi być czysty:) i wydrukować parę (no, więcej niż parę) obrazków furry, które pokazywałem potem wszystkim jak leci. Miały być dla Talii, ale parę poszło w różne strony. Kiedy wróciłem, koło 18, trafiłem na trwającego larpa Bohtariego i zacząłem szukać zajęcia, no i pokazywać wszystkim, którzy się napatoczyli, wydruki:). Mogłem wziąć udział w Mafii, nie wiem, czemu tego nie zrobiłem, były jeszcze wolne kartki.. No, ale jakoś te parę godzin przeszło i zacząłem wraz z innymi przygotowywać się do Święta Samhain. Tu już miałem swobodę wyboru i zostałem Bastetem:) Dowiązałem sobie parę szmatek do stroju i mojej nieodłącznej żółtej bluzki ze skory Pikachu: , załapałem kija od szczotki w ramach wyposażenia wędrowca, wymalowałem sobie na twarzy Pająka Pogońca, upgrade do wąsów i kilka dodatkowych kresek, i byłem mniej więcej gotów, jako Bubasti "Żółty Horyzont":). Przy okazji dziękuję pewnej Fiannie za namalowanie mi glifu Bubasti, tylko nie kojarzę nicku ani nic (tylko osobę). Oprócz mnie była również Bagheera, moja skleroza wybiła z pamięci wszystkie dane poza real imieniem (Sylwia). Dołączyliśmy się do stada w którym byli milczący wędrowcy i patrzący w gwiazdy. Poza tym przybyło towarzystwo cokolwiek wrogie, to jest Pomiot Fenrisa który nas się czepiał i Czerwony szpon który groził że nas zje;), no i oczywiście Gnatożuje i jeszcze trochę innych osób. W tym larpie, z tych w jakich miałem okazję uczestniczyć, stworzono najlepszą atmosferę: muzyka, świece i przebrania.. tylko prawdziwych napojów brakowało (e, Fianny! zgłaszam reklamację!;). No, a teraz o akcji. Jak wiadomo, w Samhain, czyli po hamerykańsku helołyn, światy duchowy i rzeczywisty bardzo się do siebie zbliżają (dobrze załapałem?). Innymi słowy lokalny Caern został oddany do ceremonii Fiannom przybyłym z Irlandii. Po powitaniu gości nastąpiła ceremonia wywoływania duchów. Przyszły trzy: jeden mściwy, drugi nieszczęśliwy z powodu śmierci przed poznaniem miłości, i trzeci z pomiotu Fenrisa. No, ale oficjalnie ich nie widzieliśmy, więc zajęliśmy się sobą. Jako Bastety (bo trzymałem się blisko Bagheery) łaziliśmy sobie dookoła, komentowaliśmy i bawiliśmy się piórkami (mrowl;), aż w końcu zaczęliśmy podżerać duchom duchową strawę;) Kiedy gospodarze zaprotestowali przeciwko temu zachowaniu, twierdząc że gdyby duchy chciały nam dać tej strawy to by nam jej dały, koleżanka zaczęła głośno domagać się od ducha owej usługi, no i w efekcie dostała latające ciastko :). Porozrabialiśmy jeszcze, a potem, kiedy duchy się ujawniły, nastąpiły pewne rozwiązania sytuacyjne. Mściwy duch oświadczył że jeden z obecnych tu zabił go (później wyszło, że przez kobietę) i teraz szuka zemsty ("znowu będzie na nas", usłyszałem komentarz od Bagheery;). Następnie przyszedł dziwny szczeniak lokalnej watahy i zaczął wyperswadowywać duchowi motyw zemsty. Skończyło się tak, że zabójca popełnił samobójstwo ze wstydu, co nas (Bastety) cokolwiek zdegustowało ("hm, nie mógł przeprosić?";). Szczeniak okazał się metysem pomiotu Fenrisa, w sprawie którego przybył jeden z duchów, bowiem jego ojciec nie chciał się do niego przyznać. ("oni często zabijają swoich metysów, to okropne, prawda?") No, ale ta sprawa zakończyła się akurat szczęśliwie:). Za to ostatni duch wyjawił, że poległ zanim poznał smak miłości, i teraz pragnie ją poznać. Z Basteciego punktu widzenia było to ciekawe, koleżanka zaczęła wyrażać zainteresowanie tematem zrobienia tego z duchem.. no, ale jak wyszło, że trzeba się poświęcić i zostać jego partnerem życiowym na zawsze, wycofała się z tego pomysłu (pewnie, nie warto się na zawsze smucić..). Poświęciła się przybyła z nami Patrząca w Gwiazdy. ("hm, tak się unieszczęśliwiać na całe życie.."). Po jakimś czasie, nastąpiły jeszcze dwa zdarzenia, z tym, że nie kojarzę już, które było pierwsze. Najpierw popełnił samobójstwo jeden z przybyłych z nami milczących wędrowców, przekazując swojego klaive'a do obrony caernu ("dziwne, nie mógł go oddać bez zabijania się?") i fianna poleciły nam się dalej bawić, co skomentowaliśmy "co to za zabawa, jak już dwa trupy padły!". No, ale jakoś jednak przeszło ("nie pamiętam kto tak mawia, ale jakoś to tak było.. jeden trup, drugi trup, trzeci trup, balanga!!";) Potem zaczęliśmy szukać ukrytego prezentu dla przyjmowanego do plemienia szczenięcia. Skojarzyłem nawet podpowiedź, ale nie do końca, no i nie znaleźliśmy go jako pierwsi ("oo! znalazłeś! ooo! piórko! daj się pobawić";). Potem odbyły się zawody siłowania się na rękę, w których grożący nam uprzednio Pomiot Fenrisa rozłożył wszystkich. Następnie odbyła się ceremonia wróżenia z konfetti w wodzie (coś nie tak? poplątałem? a może to wosk był?) i LARP zakończył się. Wszyscy zmordowani walnęli się spać, oczywiście nie natychmiast, najpierw były jeszcze rozmowy, pamiątkowe zdjęcia itp:).

    Dzień czwarty (poniedziałek)

    Tego dnia obudziłem się koło 10, pozbierałem się, i poszliśmy grupowo wyrwać Nadira ze słodkiego snu, żeby przeprowadził prelekcję o szamaniźmie ("a miałem nadzieję, że nikt nie przyjdzie";). Mimo, że w olbrzymiej części improwizowana, i przeprowadzana na śpiąco (wszyscy byli śpiący;) była bardzo ciekawa, może on ma jakiś dar "przeprowadzanie ciekawych prelekcji" albo coś;). Po zakończeniu prelekcji nastąpił szturm na bufet, gdzie pożarliśmy co się dało:). Tego dnia nie działo się już wiele, rozmawialiśmy w różnych gronach, wymienialiśmy się adresami, żegnaliśmy (nie ma to jak żegnać się z kimś za pomocą stuknięcia nosami, mrreu:) i około 15 Kłakon zakończył się. Mimo że nie udało mi się załapać na żadną sesję, będę go i tak ciepło wspominał, bo było naprawdę miło i sympatycznie:)

    Epilog by Aquilion

    Po każdej recenzji/sprawozdaniu przychodzi taki czas, kiedy trzeba napisać podsumowanie. Tutaj taki czas właśnie nadszedł. LV już cały con podsumował w jednym zdaniu, ale mnie to zajmie chyba nieco więcej miejsca i czasu.
    Chociaż nie była to impreza robiona pod patronatem żadnego wydawnictwa, ani innej komerchy, tak jak to jest w wypadku tych wielkich, fandomowych konwentów (Krakon, Imladris, o Polconie nie wspominając), wypadła bardzo dobrze, powiem więcej, znakomicie. Rodzinna atmosfera, wszyscy się znają, naprawdę ciekawy i pomysłowy program (na jakim innym konwencie można by spotkać Jam Session?!). Konwent podziałał na mnie tak mocno, że pierwszą rzeczą, jaka zrobiłem po przyjeździe do domu, było zapisanie się do Wirtualnego Caernu- LVeehal zrobił zresztą to samo. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to chyba tylko do tego, że zgubiłem Podręcznik Narratora do W:A, że nie chcieli nam w bufecie mleka sprzedać i że byłem tak cholernie nie wyspany ;-). Wyciągając średnią z moich doznań i z entuzjazmu LV myślę, że możemy wystawić temu konwentowi piątkę i ja od siebie dorzucę jeszcze plusik.

    Aquilion & LVeehal


    KOMENTARZE:

    Tylda (~) oznacza podpis osoby niezarejestrowanej.


    2008-12-07 19:59    IP: 83.6.217.194


    to już 6 lat minęło :)_
    --
    ~Edward


    DODAJ KOMENTARZ

    Pola oznaczone gwiazdką są obowiązkowe

    Podaj swoje imię*:
    Podaj swój adres email:
    Zapisz słownie cyfrę 3*:



    Zawarte tu prace moża wykorzystywać tylko za wyraźną zgodą autorów | Magor 1999-2018 | Idea, gfx & code: Vaticinator | Twoje IP: 34.229.140.153