autor pracy:
Ara


data zamieszczenia: 04-03-2010
inne prace autora:
Nie masz jeszcze swojego konta? Zarejestruj się. Po pierwsze
podaj swój nick:
Wróc do menu: opowiadanie

Kolejność rzeczy
Miasta mają to do siebie, że ulegają rozbudowie. Stopniowo, wraz z upływem czasu, kolejne dziewicze połacie terenu padają ofiarą buldożerów, łopat i młotów pneumatycznych. Trawa, niegdyś ciesząca oczy swą zielenią, zamienia się w martwą, szarą linię betonu. Miejsca drzew zajmują domostwa, magazyny i bloki.

Tak też było w przypadku tego jednego miasta, daleko na wschodnich rubieżach III RP.
Nawet sam proces budowy nie rozpoczął się optymistycznie. Doszło do wypadku - eksplozji cysterny. Nikt nie stracił życia, ale nie można było doliczyć się dwóch robotników. W ciągu kolejnych kilku dni kolejne osoby ginęły bez wieści. Plac budowy postanowiono zamknąć do czasu, aż policja rozwiąże sprawę. Nie było jednak zbyt wielu poszlak, które mogły doprowadzić do rozwiązania zagadki. Załogi dwóch radiowozów, które patrolowały ten teren nocą, również zaginęły. Porzucone samochody znaleziono na skraju placu budowy następnego ranka.
Ostatecznie, sprawa ugrzęzła w martwym punkcie, a tajemniczy teren budowy stał się miejscem porachunków i bitew dla wielu gangów.


---------------------------------------------

Zbliżała się północ. Około piętnastoosobowa grupa ludzi z wygolonymi głowami przemierzała niewykończone uliczki, mijając porzucone koparki i sprzęty. Nieliczni maruderzy dozbrajali się, zbierając z ziemi łopaty, dłuta czy kilofy. Czekała ich bitwa. Gdy tylko ją wygrają, będą mieli wolna rękę by wynieść wszystko, co się da z tego placu i zarobić na tym trochę pieniędzy. Zbliżali się już do baraku, w którym mieli spotkać się z wrogim gangiem.

Barak znajdował się niemal w centrum olbrzymiego placu i był nienaturalnie wielki. Przywodził na myśl halę produkcyjną.
Księżyc, który w obecnej chwili królował już na niebie, odbijał się od blaszanych ścian budowli. Od wschodu zawiał chłodny wiatr. Jednak nic nie było teraz tak ważne jak bitwa. Przywódca grupy - Austriak polskiego pochodzenia - o imieniu Franz, dał znak by wejść do środka. Franz był około dwudziestopięcioletnim mężczyzna, którego fanatyczne oddanie ideałom nazistowskim było wręcz zastraszające. Jak sam dumnie twierdził, jego rodzina jest w bliski sposób spokrewniona z rodziną Hitlera. W jaki sposób znalazł się w Polsce i wydobył z siebie tyle tolerancji, by zadawać się z polskimi skinami, pozostawało dla większości tajemnicą. Mimo iż aparycja Franza sugerowała raczej powszechne w tej subkulturze ograniczenie i nieuzasadnioną chęć niszczenia, przy bliższym poznaniu okazywał się on płomiennym mówcą oraz człowiekiem z zamysłem taktycznym, który niemniej twardo
stąpał po ziemi. Być może te i masa innych, głęboko ukrytych cech, pozwoliły mu tak szybko przejąć władzę w grupie. Gdy tylko rozpoczął swe przewodnictwo, niezorganizowana banda chuliganów zmieniła się w organizację przestępczą, napadająca na sklepy, mordującą osoby, które zalazły im za skórę oraz w nieuchwytnych mącicieli społecznych, którzy szerzą nazistowską ideologię pośród młodych ludzi.
Franz zdawał sobie sprawę z tego, że stoi u szczytu swej potęgi. I tej nocy miał zamiar po raz kolejny to udowodnić.
Grupa z olbrzymią pewnością siebie weszła do baraku. Mroczna, pusta przestrzeń. Wokół nie było żywego ducha, jedynie skrzynie piętrzące się pod ścianami. Franza zaskoczył ten widok. Zaczął się zastanawiać, gdzie podziali się ich przeciwnicy?
Pozostawił dwóch ludzi przy wejściu, a sam z pozostałymi zagłębił się w mrok. Cisza potęgowała napięcie.
Mijały minuty. W końcu ciszę przerwał Franz:

- Wygląda na to, że te gnoje są tylko mocne w gębie! Czekamy tu już piętnaście minut! Gdzie są ci, którzy uważali ten teren za swój własny?!

Celowo krzyczał, a jego głos odbijał się głucho od ścian. Gdy echo umilkło, spojrzał po zebranych. Wpatrywali się w niego jak w obraz. Jak w swojego prywatnego Boga. Przeciągał tę chwilę, napawał się nią. Czuł się panem świata. W końcu krzyknął:

- Rozpocznijcie gromadzenie najwartościowszych sprzętów!

Czternaście przepełnionych nienawiścią gardeł ryknęło tryumfalnie. Ludzie rozbiegli się pod ściany magazynu, demolując skrzynie i przeszukując wszystkie zakamarki.
Franz przyglądał się temu. Patrzył na swoją małą armię.
Z zadumy wyrwał go głos jednego z ludzi, których zostawił na czatach:

- Ktoś idzie! Jest ich czterech....to policja!

Franz podbiegł do drzwi i spojrzał na ulicę. Rzeczywiście, w oddali widać było cztery sylwetki, idące rzędem w ich kierunku.
Nie było widać twarzy, czy szczegółów ubioru, jednak odznaki mieniły się w świetle księżyca.

- To chyba jakieś kpiny - powiedział Franz sam do siebie - A gdzie radiowozy? Gdzie inne jednostki? Czemu jest ich tylko czterech?

Tymczasem postaci zbliżały się powoli, jednostajnym krokiem. Gdyby przemierzyły jeszcze kilka kroków, mógłby dostrzec ich twarze, lecz nagle sylwetki zatrzymały się na granicy wzroku.

Franz zrozumiał. Rozpoczęła się wojna nerwów. Te psy planowały coś, chciały ich do czegoś sprowokować.
Ale do czego?

- Chłopcy! Chodżcie tu! - Rzucił przez ramię.

Poczuł się pewniej, gdy za jego plecami wyrósł mur kolegów, przyjaciół. Niemal rodziny.

- Nastraszmy ich. Wyjdźmy im naprzeciw. Pokażmy, że nie boimy się ich, a może odpuszczą - zaproponował jakiś nosowy głos z tyłu.

- Jasne, a jak wyjdziemy, to zza rogu wyskoczy dziesięć razy tyle psów i nas zgarną! - rzucił nerwowo inny, niemal chłopięcy głos.

Franz nie mógł tego dłużej słuchać:

- Przestańcie natychmiast! Gdyby to była jakaś zorganizowana akcja, już by tu weszli, a nie bawili się w kotka i myszkę!
Mówiąc to, wciąż wpatrywał się w mroczne sylwetki stojące spory kawałek przed nimi.
Miały w swojej postawie coś niepokojącego. Wydawało się, że wiedziały dokładnie co się zaraz zdarzy i tylko na to czekały.
Odrzucił od siebie jednak te złe myśli i kontynuował:

- Nie wiedzą, ilu nas jest. Zrobimy tak: ja i jeszcze pięciu wyjdziemy do nich, a reszta niech obserwuje sytuację z ukrycia.
Gdy tylko skończył zdanie, wyprostował się i wyszedł z baraku. Wiedział, że może polegać na kolegach. Już czuł , że za jego plecami pięciu ochotników idzie wraz z nim.
Gdy zbliżali się do policjantów, poczuł dziwny niepokój. Wzrastał on z każdym krokiem, który zbliżał go do celu. Nagle przypomniały mu się wszystkie bajki o demonach i potworach, jakie oglądał, czy czytał w dzieciństwie. Z pozoru kiczowate i naiwne, w zaistniałej sytuacji nabierały nowego wymiaru. Czuł się, jakby cztery sylwetki, do których właśnie powoli szli, nie były jedynymi postaciami na tym placu. Rozejrzał się dyskretnie wokół siebie. Otaczały go jedynie martwe sprzęty i porzucone pojazdy budowlane.
Nic więcej. Gdy spojrzał z powrotem na policjantów, ze zdziwieniem stwierdził, że ci odwrócili się i w równym szyku zaczęli odchodzić. Spokojnie, bez emocji.
Franz zatrzymał się. Przyjaciele stanęli obok niego.

- O co chodzi, panie władzo? Jeśli ma pan do nas jakąś sprawę, to proszę śmiało mówić! - krzyknął, starając się wyglądać na pewnego siebie.

Ci jednak w dalszym ciągu oddalali się spokojnym krokiem.
Franz miał już teraz pustkę w głowie. Nie wiedział, co o tym myśleć. Nagle coś go tknęło, niesamowite uczucie, przypominające kostkę lodu, przyłożoną do rozgrzanej piersi.
Szybko obrócił się w stronę magazynu. Przed drzwiami stała grupa postaci. Bardzo duża grupa. Stali i patrzyli na nich.
Jedni w ubraniach robotników, inni w strojach lekarzy, pielęgniarek, kolejni po prostu w podkoszulkach. Nagle z grupy wyłonił się mężczyzna w jeansach i białym podkoszulku. Skierował swe kroki w ich stronę.

- Franz, spierdalajmy stąd.... proszę cię, spierdalajmy ile sił w nogach - usłyszał już niemal histeryczny pisk Mateusza, który cały czas trzymał się tuż za nim.

Tymczasem tajemniczy mężczyzna podszedł do nich i stanął twarzą w twarz z Franzem.
Miał czarne, przyczesane na bok włosy i około dwudniowy zarost. Nie mógł mieć więcej niż trzydzieści lat.

- Witaj, Franz - powiedział głosem tak ludzkim i normalnym, że Franz aż się zdziwił. Atmosfera od kilku minut była tak gęsta, że zdziwiłby się mniej, gdyby usłyszał ryk demona z dziewiątego kręgu piekła.
Postanowił jednak przyjąć taką postawę, jak zawsze - agresywną i dominującą. Chciał zyskać przewagę poprzez strach.

- O co chodzi, kurwa?! Skąd mnie znasz i co za cyrki tu odpierdalacie?! Już cię tu nie widzę, pedale, bo pożałujesz! - wyryczał najgrubszym głosem, jaki tylko potrafił wydobyć.

Mężczyzna jednak nie zląkł się, ani nawet nie mrugnął. Właściwie to Franz zdał sobie sprawę, że ten mężczyzna nie zamrugał, odkąd go zobaczył.

- Nie pamiętasz mnie? No tak... Przecież nie jestem nikim wyjątkowym. Nikim, kogo warto by było pamiętać. Ale ja pamiętam ciebie. Zostawiłeś mi coś, przez co nigdy cię nie zapomnę.

Głos mężczyzny był na pozór spokojny, jednak dało się w nim wyczuć nienawiść. Niemal chęć...mordu?

Mężczyzna wskazał palcem na swoje czoło. Franz dopiero teraz zauważył, że zdobi je duża, ropiejąca bruzda.
Jak mógł jej wcześniej nie zauważyć? Nie rozumiał tego.
Jednak gdy zobaczył ranę, nagle go oświeciło. Gdy przejął władzę nad gangiem, ich pierwszą większą akcją był napad na kiosk. Kioskarz przestraszył się grupy i chciał dobrowolnie wszystko im oddać. Franz mimo to zdzielił go obuchem w głowę i zostawił krwawiącego na ulicy. Ale to było dawno temu... a ta rana wciąż była świeża.

- Wiedz, że w naturze nic nie ginie. Wszystko zatacza pełen krąg i każdy czyn pociągnie konsekwencje. Nawet po latach. Dziś konsekwencje dosięgnęły także ciebie. Zapłacicie wszyscy. Powiedziałem już wszystko, co miałem ci do powiedzenia, Franz. Ci co stoją za mną, czekają na zemstę już od dawna. Oni nie będą rozmawiać.

Franz aż otworzył usta z przerażenia. Zdołał tylko wydusić "uciekajcie", po czym sam rzucił się do szaleńczego odwrotu. Na oślep, poprzez plac budowy. Stracił z oczu przyjaciół. Z resztą, w ogóle go już nie obchodzili. Teraz każdy musiał sobie radzić sam. Biegł przez krzaki i ścieżki, potykał się o sprzęty i kamienie. Wszystko dookoła niego wydawało się czerwone.
Czas zdawał się stać w miejscu. Był przerażony ? wiedział, że jeśli się zatrzyma, to już nie wykona żadnego ruchu.
W końcu dobiegł do siatki, otaczającej teren budowy. Zatrzymał się dopiero na niej. Po chwili zaczął się wspinać. Płakał.
Płakał ze strachu.

- Franz! ? usłyszał wymowny szept za plecami. To go trochę uspokoiło. Obrócił głowę i zobaczył Mateusza.

- Szybko, uciekajmy! Wspinaj się! - wycedził z siebie drżącym głosem.

- A Jędrek? Został tam, gdy ty uciekłeś.

- Skoro tu nie dotarł, to nie ma dla niego ratunku. To nie przelewki, Mati, wierz mi. Czuję to.

Mateusz stał chwilę i wpatrywał się we wspinającego się na siatkę wodza.

- Chcesz go zostawić, tak jak mnie przed chwilą zostawiłeś?

Gdy do Franza dotarły te słowa, serce mu zamarło. Chciał wspinać się szybciej, jednak Mateusz chwycił go za nogę. Uścisk był stalowy, nieziemsko mocny. Próbował się wyrwać, jednak Mateusz zwalił go na ziemię. Uklęknął za nim. Franz spoglądał na świat za siatką. Nie wiedział czemu, ale wydawał mu się taki piękny i odległy.

- Piękny, prawda? - Mateusz jakby odgadł jego myśli - Ale nie dla ciebie, Franz. Wiesz co to czyściec? To miejsce, w którym pokutujesz za swoje grzechy, by kiedyś doczekać wybawienia. Dla każdego czyściec wygląda inaczej. Ta strona siatki to twoje miejsce pokuty. Nie łam się. Może kiedyś nadarzy się okazja byś mógł opuścić to miejsce... zaznać
spokoju. Tak jak taka okazja nadarzyła się tym wszystkim ludziom, gdy tu przybyłeś.

Franz oddychał nerwowo, przez łzy widział już jedynie zamazane światła znajdującego się nieopodal osiedla.

- Zginiesz, Franz... tak jak my wszyscy zginęliśmy. Ale nie to jest najgorsze. Dopiero potem dowiesz się co znaczy pokuta i kara. Wierz mi.... to o wiele gorsze, niż śmierć.

Franz zamknął oczy. Poczuł, jak zbliża się do niego duża grupa postaci, a uścisk Mateusza zniknął. Leżał teraz na ziemi sam. Bezbronny. Czekający na sprawiedliwość wymierzoną przez jego dawne ofiary. Teraz nadszedł ich czas. Po chwili oddech wyrównał mu się. Próbował otworzyć oczy, lecz nie umiał. Serce uspokoiło się, a chwilę później stanęło.


KOMENTARZE:

Brak komentarzy


DODAJ KOMENTARZ

Pola oznaczone gwiazdką są obowiązkowe

Podaj swoje imię*:
Podaj swój adres email:
Zapisz słownie cyfrę 1*:



Zawarte tu prace moża wykorzystywać tylko za wyraźną zgodą autorów | Magor 1999-2018 | Idea, gfx & code: Vaticinator | Twoje IP: 54.82.7.231