autor pracy:
Ara


data zamieszczenia: 05-02-2010
inne prace autora:
losowe inne prace z tej kategorii:
Nie masz jeszcze swojego konta? Zarejestruj się. Po pierwsze
podaj swój nick:
Wróc do menu: opowiadanie

Aeterna Nox
Krok za krokiem zbliżał się do miejsca przeznaczenia...
Zastanawiał się, czy ona jeszcze tam pracuje, ostatecznie minęły już dwa miesiące. Ciekawiło go też, czy jest na niego zła. W końcu obiecał wtedy, że wróci następnego dnia. Przemykał ciemnymi uliczkami, starając się nie zwracać uwagi na tłumy przelewające się we wszystkich kierunkach.

To była właśnie magia współczesnego, dużego miasta. Miejsca, które normalnie po ciemku przyprawiałyby o gęsią skórkę, zostają obdarte ze swojej upiorności przez sztuczne oświetlenie i tłumy ludzi szukających miejsca na imprezę. Bywały chwile, gdy zgiełk ten przeszkadzał i psuł nastrój. Bywały też takie, kiedy był zbawienny dla nerwów.
Szybkim krokiem wszedł do pomieszczenia. Był zaskoczony, ponieważ niczym nie przypominało miejsca sprzed dwóch miesięcy. Sala była zdecydowanie większa i lepiej oświetlona. Wzdłuż ściany rozciągał się wielki bar, załamujący się w rogu i ciągnący dalej, wzdłuż sąsiedniej ściany. Rzędy szklanek stały dumnie pod szklaną ladą, a różnego rodzaju alkohole prezentowały się wyniośle na półkach. To miejsce miało atmosferę angielskiego klubu, jaki można zobaczyć w wielu filmach.
Rozejrzał się dookoła. Nigdzie nie dostrzegł ani jednego gościa. Tylko grupę młodych ludzi, najwyraźniej z obsługi, krzątającą się po pomieszczeniu. Od czasu do czasu ktoś z tego grona zaśmiał się, czy wymienił jeszcze z kimś innym jakąś uwagę. Wydawało się, że nikt nie zauważył, że właśnie wszedł klient. Przechadzał się więc wzdłuż baru, udając że wybiera dla siebie drinka. Wtedy właśnie zauważyła jego. Podeszła i uśmiechnęła się szeroko. Zapytała łamaną angielszczyzną o zdrowie. Na to czekał. Odpowiedział jej z dokładnie wypracowanym i przećwiczonym do granic możliwości szkockim akcentem. Tak właśnie ponownie zaczął się flirt, urwany przed dwoma miesiącami. Teraz jednak mieli dla siebie o wiele więcej czasu. Całą noc. A nie zapowiadało się, by słońce miało szybko wzejść.
Cieszyli się więc swoim towarzystwem. Usiadła z nim w rogu sali, na kanapie. Niewiele czasu minęło, gdy znalazła się w jego ramionach. Delikatnie ją pocałował, a ona wtuliła się w niego, bezbronna i ufna.
- Jak ty właściwie masz na imię? ? przerwał trwającą dłuższą chwilę ciszę.
Popatrzyła mu w oczy. Jej spojrzenie było pełne pewności siebie. Oczy o kolorze głębokiego błękitu świdrowały go teraz na wylot, zdradzając pełne skupienie.
- A dlaczego chcesz wiedzieć? Czy ja kiedykolwiek pytałam o twoje? To przecież bez znaczenia ? odparła ostro, lecz po chwili uśmiechnęła się ciepło.
Zgodził się na ten układ, odwzajemniając uśmiech. Mijały godziny, przesiąknięte ciepłem i gorącym uczuciem.
W końcu noc zaczęła przemieniać się w szarówkę.
- Nie musisz wracać do pracy? ? zapytał delikatnie, nie chcąc, by jego troska została źle odczytana.
- Nie. Poradzą sobie beze mnie ? odparła po chwili namysłu.
Wyszli na zewnątrz i przeszli się kawałek.


Siedział przy zimnej, mokrej ścianie na jakiejś podziemnej stacji. Głowę krył w dłoniach, głośno oddychał. Po chwili uspokoił się. Położył szybko rękę na małym plecaczku leżącym obok niego. Mijający go bezdomny popatrzył podejrzliwie, ale nic nie powiedział.
Za chwilę pójdzie ją odwiedzić. Przejmował się, bo nie wiedział jak go przyjmie. Ostatni raz rozgimnastykował język i usta, przygotowując się do zmiany akcentu. Po chwili wstał, skręcił za róg i wyszedł po schodach na ulicę. Plecaczek zostawił w niewielkiej niszy, przy której jeszcze przed chwilą siedział.
Wróci po niego później.


Wizja pozostawionego pakunku uderzyła go w chwili, gdy miał się pożegnać z towarzyszką i odejść w mrok. Zdenerwował się. W plecaku były rzeczy, których nie chciał stracić.
- Zapomniałem o czymś, zaraz wrócę ? rzucił szybko, po czym pobiegł do tunelu.
Gdy zbiegł po schodach, zauważył, że miejsce to jest ogromne, okupowane teraz przez dziesiątki robotników w uniformach, którzy pracowali przy skrzyniach ustawionych pod ścianą. Minął ich bez słowa i skierował się do tunelu. Nie dotarł tam jednak. Zatrzymały go stalowe kraty, którymi ktoś zasunął wejście.
?Mogłem się domyślić. Tak cudownie spędzona noc nie mogła być prawdziwa. Zaraz znów się zacznie? ? pomyślał zrezygnowany.
Uczucie paniki błyskawicznie przejmowało kontrolę nad jego umysłem. Teraz liczyła się już każda sekunda. Ruszył w stronę robotników, próbując odgadnąć, który z nich może mieć klucz. Oczywiście znalazł właściwego, a ten wyjątkowo łatwo dał się przekonać do tego, by otworzyć mu kraty. W ich wspólnej podróży do zablokowanego wejścia towarzyszyła im grupa ciekawskich.
To też było typowe. W końcu wydarzenia, które miały zaraz nastąpić wymagały sporej liczby istnień.
Poczucie rezygnacji, przewidywalności następujących po sobie zdarzeń oraz bezsilności ogarnęły go do tego stopnia, że wyparły utrzymujący się w jego mniej realnej części duszy lęk. Dlatego zachował zimną krew gdy, czekając aż robotnik otworzy kraty, ujrzał zbliżającego się w ich kierunku muskularnego mężczyznę, wyglądającego na kierownika zmiany. Nie zatracił się w przerażeniu nawet w chwili, gdy dojrzał nieludzką nienawiść i rządzę mordu, malujące się na jego twarzy. Nie zdziwił się też, gdy zobaczył że kraty zniknęły a w ich miejsce pojawiły się drzwi, z którymi siłował się robotnik. Wstrzymał oddech i czekał. Gdy kierownik zmiany w końcu dopadł grupę, rzucił się na pierwszego z brzegu człowieka. Wtedy drzwi ustąpiły. Tłum wbiegał w panice do nowootwartego pomieszczenia. Przeczekał, aż wszyscy znikną wewnątrz i wbiegł za nimi. Nim jednak zdążył zamknąć za sobą drzwi, kierownik zmiany skoczył ku niemu. Uratował się używając drzwi jako tarczy, blokując szaleńczy atak napastnika. Zebrał się w sobie i uderzył kierownika zmiany z całej siły między oczy. Ten odskoczył w tył, co pozwoliło wreszcie odciąć pomieszczenie.
Przez chwilę trzymał klamkę i łapał oddech. Później obrócił się. Nie byli tu bezpieczni. Wiedział o tym.
Wokół panował chaos. Ludzie biegali w panice w lewo i prawo. Mieli przed sobą dwa tunele, oba prowadzące w dół. Większość spanikowanych wybrała tunel prawy. Już miał iść z nimi, gdy w tunelu lewym zobaczył leżący plecak. Pobiegł w tamtym kierunku. Gdy zbliżył się do przedmiotu na parę kroków, pakunek zniknął.
Przeklął w duchu.
Kilkadziesiąt kroków przed nim stały postacie ubrane na czarno, posuwające się ku niemu z upiorną płynnością. Gdzieś na tyłach tego mrocznego pochodu dojrzał siwowłosą kobietę, która mamrotała coś niezrozumiale, a on wiedział, że wróży mu niechybną zgubę. Spojrzał w miejsce z którego przyszedł. Po dźwiękach, które do niego dochodziły domyślił się, że tam masakra już się zaczęła. Nie miał jednak wyboru. Pobiegł z powrotem, a gdy znalazł się na górze, rzucił w sąsiedni tunel, jak wszyscy przed nim.
Krzyki i rzężenie otaczały go zewsząd.
Ściany ubabrane były karmazynowo - czarną krwią. Wzdrygnął się na myśl, co mogło stać się z ciałami.
Biegł ile sił w nogach, gdy nagle zauważył leżący przed nim pistolet. Zatrzymał się i podniósł go. Sprawiło to, że poczuł się pewniej, choć nie wiedział dlaczego. Przecież broń palna nie jest w stanie powstrzymać tego, co ich ściga. Wybiegł z tunelu wprost na coś, co wyglądało jak stacja metra. Za sobą słyszał już ścigające ich upiorne bestie. Dopadł w końcu ostatnich ocalałych z grupy i kazał im biec za sobą.
Posłuchali go bez gadania.
Oczywiście.
Biegli wzdłuż zatrzymanego na torach pociągu. Z jednego z wagonów wyszła jego towarzyszka, którą zostawił wcześniej na ulicy.
Wydawało się, że było to wieki temu.
- Co się stało? Dlaczego biegniesz? Hej! ? krzyczała zdziwiona, gdy minął ją, całkowicie ignorując. Nie zobaczył jej już nigdy więcej.
Grupie, której przewodził, udało się jakoś wydostać ze stacji. Zatrzymali się przy łodzi motorowej, przycumowanej na brzegu bagna. Niewiele myśląc wskoczyli do niej i popłynęli przed siebie.
Byle dalej. Byle uciec.
Przez chwilę wydawało mu się, że może tym razem się udało. Że może to rzeczywiście koniec. Że właśnie miał miejsce ten jeden, jedyny raz, kiedy udało mu się ocalić siebie i znajdujących się z nim ludzi. W głębi duszy wiedział jednak, że ta myśl jest jedynie wynikiem jego rozbujałego ego. Tak naprawdę nie byłby w stanie nikogo uratować. Siebie w każdym razie nie potrafił. Nigdy. Zawsze udawało mu się dobrnąć do sytuacji, w której wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały że uda mu się wyjść cało z opresji. Ale za każdym razem popełniał po drodze jakiś niewielki błąd, który niweczył wszystkie starania. Powoli zaczął godzić się z tym, że taka jest po prostu jego natura.
Zaraz za nimi, nie wiedzieć skąd, pojawiła się nagle druga łódź, a na niej ta sama siwowłosa kobieta, którą widział wcześniej. Jej oczy zasłaniał kaptur. Nadal szeptała, a szept ten stawał się teraz coraz wyraźniejszy, coraz szybszy.
Jeden z mężczyzn towarzyszących mu w łodzi wyciagnął nagle spod pulpitu dziwny uchwyt z czerwonym guzikiem na czubku. Cała załoga popatrzyła po sobie pytająco.
Patrzył przez chwilę na przycisk, który sterujący łodzią mężczyzna trzymał w dłoni.
Zdawał sobie sprawę, że patrzy właśnie na przyczynę nieuchronnej śmierci ich wszystkich. Z tą różnicą, że dla otaczających go ludzi była to śmierć ostateczna, a dla niego po prostu jedna z wielu. Wiedział jednak, że jeśli nie przycisną tego guzika, spotka ich los o wiele gorszy niż śmierć.
Zaśmiał się w duchu, gdyż sam nie wiedział, czy jego determinacja wynikała z troski o los ludzi, którzy mu zaufali, czy po prostu ze strachu, że alternatywą dla kolejnej śmierci, było dla niego coś nieprzewidywalnego i być może ostatecznego.
Czy naprawdę mógł być tak egocentryczny? Czy możliwe jest, że w tej historii nigdy nie był postacią pozytywną? Nie było już czasu, by się nad tym zastanawiać, a może po prostu bardzo chciał przekonać sam siebie, że go nie ma.
Starając się zamaskować swe wahanie, krzyknął:
- Naciśnij! Prędko!
Mężczyzna trzymający urządzenie nie był jednak pewien. - Może jeszcze nam się uda! ? dzierżący w dłoniach słodkie wybawienie mężczyzna kurczowo próbował chwytać się każdego możliwego argumentu.
Jak miał go przekonać, że nadzieja jest czymś, czego mieć nie powinni, że ich los jest niczym, w obliczu otaczającego ich schematu, którego są jedynie wykonawcami?
Popatrzył za siebie i zobaczył jak siwowłosa kobieta gramoli się na ich łódź. Przez chwilę wyobrażał sobie komiczną scenę, w której kurczowo trzymając się życia, starają się walczyć z tą upiorną postacią. Szybko jednak otrząsnął się z tej wizji. To nie byłby godny koniec. I nie widział możliwego szczęśliwego zakończenia, gdyby sprawy przybrały taki obrót.
- NACIŚNIJ!!
Tym razem polecenie poskutkowało. Mężczyzna nacisnął czerwony przycisk.


Otworzył oczy w tej samej chwili co zawsze. Tuż przed wybuchem. Rozejrzał się.
To samo okno.
Te same ściany.
Spróbował się poruszyć w łóżku. Każdy ruch powodował przerażający ból jego poparzonego ciała.
Jak zwykle.


Grupa studentów zatrzymała się przy kolejnych drzwiach. Grupowi prymusi zaglądali przez okienko do środka.
- Ten tutaj to ciekawy przypadek ? zaczął beznamiętnie lekarz ? Wszyscy pamiętacie zapewne ten zamach na stację metra sprzed paru tygodni? Ten chłopak to jedyny ocalały. Naprawdę smutna historia. Na stacji pracował jego ojciec. Jedyna rodzina, prócz babki, która z jakichś powodów obwinia go za to, co się stało. Odwiedziła go tylko raz, ale szybko musieliśmy ją wyprowadzić, bo zaczęła na niego krzyczeć i obwiniać o śmierć tych wszystkich ludzi. Nawet gdy ją wyprowadzali, mamrotała przekleństwa. Szalona kobieta.
- Co o tym wszystkim sądzi sam poszkodowany? ? zapytała jedna ze studentek.
Lekarz popatrzył na nią smutnym wzrokiem.
- Gdy go przywieźli, mamrotał coś o jakiejś dziewczynie. Nie wymienił jednak jej imienia, a wkrótce potem stracił przytomność. Odkąd się ocknął, nie odezwał się już ani słowem. Nie wiemy dlaczego. Osobiście domyślam się, że biedaczek tego feralnego wieczora szedł na randkę. A może to tylko moja wybujała wyobraźnia? ? doktor uśmiechnął się ciepło, po czym poprowadził grupę do następnych drzwi.


KOMENTARZE:

Tylda (~) oznacza podpis osoby niezarejestrowanej.


2010-02-06 16:32    IP: 213.192.65.46


Świetny tekst. Podoba mi się, w jaki sposób oddałeś senność wizji, bardzo to do mnie przemawia. Ciekawa jest też sama koncepcja całości :)
--
Nevermore



DODAJ KOMENTARZ

Pola oznaczone gwiazdką są obowiązkowe

Podaj swoje imię*:
Podaj swój adres email:
Zapisz słownie cyfrę 6*:



Zawarte tu prace moża wykorzystywać tylko za wyraźną zgodą autorów | Magor 1999-2018 | Idea, gfx & code: Vaticinator | Twoje IP: 54.82.7.231