autor pracy:
Yria


data zamieszczenia: 23-06-2008
inne prace autora:
    Nie masz jeszcze swojego konta? Zarejestruj się. Po pierwsze
    podaj swój nick:
    Wróc do menu: opowiadanie

    Ot, karczemne spotkania...
    Karczma pełna była wybuchów rubasznych śmiechów i zapachu pieczonej dziczyzny. Myśliwi świętowali udane łowy, pełno było też tamtejszych chłopów i zwykłych włóczykijów. W jednym z kątów znalazła się nawet grupa naburmuszonych krasnoludów, szarpiących długie brody i łypiących podejrzliwie na resztę gości. Gdzieś przy furkoczącym wesoło kominku brzdąkał na lirze smutny bard, zaś dookoła niego skupiło się kilka wzdychających podlotek o sennych spojrzeniach. Jakiś siwiejący jegomość w tiarze na głowie, wygodnie rozparty pod ścianą, palił fajkę, raz po raz wypuszczając nosem kłęby srebrnego dymu. Zajazd "Kiel" gościł ich wszystkich dopóki płacili za piwo i nie wszczynali bójek.
    Wśród ogólnego zamieszania nikt nawet nie spojrzał na otwierające się dębowe drzwi. Do dusznej sali wszedł człowiek w długim płaszczu i zaczął otrzepywać kołnierz z płatków śniegu, które jeszcze nie rozpuściły się w parnym wnętrzu karczmy. Już miał zamiar podejść do kontuaru, tak jak czynił od kilku dni, gdy przywołał go do siebie zgarbiony staruszek siedzący przy stole ustawionym w małej wnęce przy zaparowanym oknie.
    - Ej, ty!! Tak, ty w płaszczu, podejdź... No podejdź, widzisz, żem stary, nic ci nie zrobię...
    Mężczyzna zawahał się chwilę, po czym podszedł do starca i usiadł we wskazanym przez niego krześle.
    - Podobno rozpytujesz ludzi o jednego z najemników... Słyszy się to i owo...- uśmiechnął się starzec, ukazując spore braki w uzębieniu. Mężczyzna milczał, więc staruszek kontynuował żywo.
    - Tkwię tu od lat, znam każdego przyjezdnego, który zawitał do Kiel więcej niż raz. Za drobną opłatą mogę ci opowiedzieć wiele ciekawych rzeczy o tym miejscu i jego bywalcach... Ten zajazd to moje królestwo... Widzisz... Zdrowie się zepsuło, serce nie domaga, nie to co za dawnych lat... Wędrowałem w kompanii cesarskiej aż za horyzont, a czegom nie widział... Teraz już tylko tu siedzieć i uważnie przypatrywać się przybyszom... a wzrok mam tak dobry, jak za dawnych, dobrych czasów, gdy sam cesarz... Ale- opamiętał się- przecież chciałeś o kogoś zapytać...
    - Półelf- mruknął mężczyzna, rad, że starzec wreszcie umilkł, po czym podniósł dłoń do twarzy i przesunął palcem, rysując linię w poprzek twarzy tuż pod oczami- Z taką blizną- dodał.
    - Ach tak... znam go. To historia, warta trochę srebra... Pytanie tylko, jak bardzo ci zależy, by ją usłyszeć?
    Mężczyzna nie odezwawszy się słowem, wyjął zza koszuli skórzaną sakiewkę zawieszoną na rzemieniu na szyi i odliczywszy kilka złotych monet, położył je na stole.
    - W porządku, widzę, że zależy ci wystarczająco mocno...- zaszczebiotał starzec sięgając po monety.

    ........................

    Półelf którego szukał nazywał się Argos I'Allar i był synem awanturnika, Marcusa I'Allara, sławnego niegdyś w okolicy wojownika i wysokiej elfki imieniem Illmare, pochodzącej ze starego Klanu Dębu. Niewyobrażalnym jest wręcz, co się stało, gdy spadkobierczyni tak tradycyjnego rodu oświadczyła iż kocha człowieka... Stare prawa mówiły jasno, co do takich przypadków... Okryła hańbą siebie i swój klan, ale gdy dowiedzieli się, że nosi w sobie potomka młodego ludzkiego wojownika, została wygnana. Już w domu Marcusa narodził się chłopiec, któremu nadano imię Argos, co w bardzo luźnym tłumaczeniu znaczyło "ten, którego nie ima się strach". Bogowie jedni wiedzą, jak trafnym imię okazało się w przyszłości...
    Chłopak dorastał z dala od zawirowań i konfliktów swojej krwi. Ludzkie jednak życie szybko gaśnie w mierze elfickiej i zanim się obejrzeli, Marcus zestarzał się i umarł, a niedługo po nim zmarła z tęsknoty także Illmare. Początkowo zszarzała, zobojętniała, za każdym razem patrząc na Argosa widziała twarz swojego ukochanego. Chłopak pożegnał ją zimą, niecałe pół roku po ojcu.
    Zapewne od razu poszedłby w świat. Zaciągnąłby się do jakiejś drużyny, nawywijał mieczem, zarobił siniaków i złota... I właśnie gdy miał opuszczać dom, zjawił się kondukt elfów... Po śmierci siostry żądali, by jej ciało spoczęło na ojczystej ziemi, z dala od ludzkich osiedli. Chłopak odmówił, twierdząc, że wolą matki było pozostać przy mężu, zarówno za życia, jak i po śmierci. Wtedy zapewne po raz pierwszy poczuł na sobie gniew wysokiego elfa. Brat jego matki rzucił mu wyzwanie. Pierwszy raz zapewne ktoś nazwał go wtedy niegodnym elfiej krwi mieszańcem. I odbył wtedy zapewne pierwszy pojedynek. Po raz pierwszy też tak dotkliwie przegrał. Właśnie tamtego dnia zarobił tę szpecącą go do dziś bliznę, którą jego wuj nazwał: "pamiątką, by zapamiętał gdzie jego miejsce".
    Elfy odeszły. Zabrały ciało matki.
    A młody Argos? Pozbierał się z ran po pojedynku i wyjechał. Starsi najemnicy mówili, że to szaleniec. Podejmował się najcięższych, najtrudniejszych zadań, ryzykował życie. Inni twierdzili, że to głupota, reszta szeptała, że po prostu chce się zabić. Ale wystarczyło spojrzeć na tę jego zaciętość, na to, że nigdy nie okazywał strachu... Kto by przypuszczał, że tak go ubodzie stwierdzenie, że "nie jest godny"...

    ..................................

    Starzec umilkł i zdawał się skończyć historię. Mężczyzna wstał od stołu.
    - Po co ci to?- zatrzymał go jeszcze.
    - Wolałem wiedzieć komu chcę zlecić zadanie...
    - To nie będzie takie proste... To najemnik z własnym kodeksem. Nie przyjmie żadnego zadania wbrew własnym przekonaniom...
    - Taak, taak- westchnął mężczyzna- jak co drugi- pożegnał starca i odszedł od stołu, ale w połowie sali zatrzymał się i wrócił. Chciał o coś zapytać, lecz dziadka już tam nie było. Podszedł do karczmarza.
    - Gdzie ten stary, który siedział tu jeszcze przed chwilą?
    - Kto?- zdziwił się grubas w fartuchu wykładający właśnie gliniane garnce na tacę.
    - Cesarski weteran, gawędziarz, ciągle tu przesiaduje...
    - Człowieku, po co ci on, dziadek nie pamięta własnego imienia... I nie jest żadnym cesarskim weteranem- mruknął, łypiąc na mężczyznę jak na szaleńca- Zamawiasz coś panie? Mam tu gości.
    Jeszcze przez kilka godzin mężczyzna kręcił się po karczmie, lecz starzec już się nie pokazał. Ale przecież musiał gdzieś tu być. Czy kłamał? Zmyślał? Po co tak nagle znikał... Nie mógł tego pojąć... Jednocześnie, nie opuszczało go przeczucie, że najemnik będzie idealny do tej roboty...

    W kilka dni później w karczmie zjawiło się kilku nowych gości. Wracali z dłuższej wyprawy, leniwie wyciągali zmarznięte stopy przed paleniskiem. Argos siedział z kocem narzuconym na ramiona, rozprawiając żywo z dwoma krasnoludami w ich twardym języku, gdy ktoś nagle szturchnął go w ramię.
    - I'Allar?- pytał mężczyzna w płaszczu.
    - Tak- odparł, nie bez ciekawości mierząc przybysza wzrokiem- To ja.
    - Mam dla ciebie propozycję... Może się do mnie dosiądziesz?

    Zanim jeszcze upłynął tydzień, młody półelf starannie dopinał popręg swego siodła i sprawdzał mocowania wypełnionych nowym ekwipunkiem sakw. Pogładził karosza po pysku po czym złapał za uzdę i wyprowadził konia z karczemnej stajni. Mężczyzna w płaszczu już na niego czekał.
    - Wszystko?- rzucił obojętnie.
    - Jeszcze jedno... Jak mam się do ciebie zwracać? I nie do końca pasuje mi tu odpowiedź "nie istotne", skoro mamy razem podróżować...
    - Hm... - zastanowił się chwilę- Roderick. Niech będzie Roderick. Możemy już ruszać?
    Półelf tylko pokiwał głową. W drogę.


    KOMENTARZE:

    Brak komentarzy


    DODAJ KOMENTARZ

    Pola oznaczone gwiazdką są obowiązkowe

    Podaj swoje imię*:
    Podaj swój adres email:
    Zapisz słownie cyfrę 1*:



    Zawarte tu prace moża wykorzystywać tylko za wyraźną zgodą autorów | Magor 1999-2018 | Idea, gfx & code: Vaticinator | Twoje IP: 54.82.7.231