autor pracy:
Kuglen


data zamieszczenia: lata temu
inne prace autora:
Nie masz jeszcze swojego konta? Zarejestruj się. Po pierwsze
podaj swój nick:
Wróc do menu: opowiadanie

Ósmy Grzech Główny
Nie znosił tego. Wszyscy się na niego gapili.

Wyróżniał się z tłumu, to prawda. W końcu rzadko widuje się ludzi z ponad metrowym mieczem przy pasie wystającym spod czarnego płaszcza do kostek. Niewiele jednak się tym przejmował. Najgorsi byli ci, którzy go zaczepiali. Najczęściej byli to policjanci. Spotkania z nimi kończyły się kilkugodzinnymi wizytami na posterunku. Ta piątka, która teraz przed nim stała, bynajmniej nie przypominała patrolu. Wszyscy ogoleni na łyso, przyozdobieni tandetnymi łańcuchami i ubrani w dresy. Dodatkowo każdy trzymał w ręce kij basebol'owy. Ustawili się tak, że nie było szans na przejście.
- O co chodzi? - zapytał

- O ten tramwaj co nie chodzi! - odparł błyskotliwie, jak na niego, jeden z dresiarzy, co inni przyjęli głośnym rechotem. - Nie podobasz mi się! Myślisz sobie, że co, taki ważny jesteś?! Oddawaj kasę to może cie nie nalejemy!

- Wydaje mi się, iż nie jest to konieczne. - odparł spokojnie.

- Słyszeliśta go?! Ważniak podskakuje! Chyba będę musiał go uspokoić!

- Nie wydaje mi się. - znów spokojnie, bez żadnych emocji.

- Grozisz mi? No to zobaczymy! - wydyszał dres i natarł na niego. Był bardzo głupi i bardzo powolny. Jeden unik załatwił sprawę. Facet leżał jak długi na betonie, na środku czoła szybko wyrastał mu wielki guz.

- O w morde! Szef dostał! Chłopaki łapcie za bejzbole! Zlejemy chama! - czterej stojący jeszcze na nogach dresiarze ruszyli z bojowym okrzykiem.

Zakotłowało się. W powietrzu coś błysnęło. Po chwili ogoleni przerwali walenie na oślep. Uświadomili sobie, że biją powietrze. Ich ofiara stała spokojnie za nimi z kataną w ręku. Po dłuższej chwili zauważyli, iż ich broń skróciła się o połowę. Zbledli. Powoli zaczęli się cofać, byle jak najdalej od upiornego przeciwnika. Gdy znaleźli się w, ich zdaniem, bezpiecznej odległości wstali i potykając się uciekli w popłochu. Uśmiechnął się gorzko. Nie mieli z nim żadnych szans. Odszedł z tego miejsca. Kilkaset metrów dalej było jego mieszkanie. Włączył odtwarzanie wiadomości z automatycznej sekretarki, po czym ruszył w stronę lodówki.

- Cześć Leamas! To ja Maria! Znów włóczysz się po mieście? Musisz znaleźć sobie jakąś pracę, bo zwariujesz. Może wpadniesz dziś do mnie wieczorem? Mam imprezkę. Oddzwoń. - Była miłą dziewczyną. Poznał ją mniej więcej rok temu, podczas pierwszego dnia w tym mieście. Jedyna, która nie widziała w nim dziwaka. Pomogła mu i zostali przyjaciółmi. To znaczy ona robiła wszystko, aby nimi zostali, ale on tego nie chciał. Wiedział, że w każdej chwili może wyjechać i już nigdy nie wrócić. Wolał z nikim się nie wiązać, by nikogo później nie zranić. Wyciągnął butelkę Balantines'a. Nie lubił wódki, ale jeszcze bardziej nie lubił bezczynnego siedzenia w tej ciasnej norze.

Wolał upić się na zabój, by jak najszybciej zapomnieć o tym miejscu. Zasnął w fotelu z opróżnioną do połowy butelką alkoholu w ręce. Gdy się obudził, potwornie bolała go głowa. Przyzwyczaił się do tego. Wstał. Wziął prysznic. Ubrał się i wyszedł z mieszkania. Jak zwykle wszyscy gapili się na niego, ale tym razem było coś dziwnego. Potrafił rozróżnić krótkie spojrzenia ze wszystkich stron, od uporczywego wzroku wbitego w niego bez przerwy. Ktoś go śledził.

Wszedł w ciemną uliczkę i wyjął katanę. Przed nim pojawiła się ciemna sylwetka.

- Kim jesteś? - wycedził przez zęby.

- Spokojnie stary, schowaj tę zabawkę, bo zrobisz mi krzywdę. - z mroku wyłonił się mężczyzna może dwudziestoletni, w stroju wskazującym na tenże wiek. - Ty jesteś Leamas, nie?

- Skąd znasz moje imię? - spytał z mieczem uniesionym ciągle w pozycji obronnej.

- Leamas Lived lat 26 zamieszkały w Bluetown, wcześniej także w Yellowcity i Blacktown. Nigdy nie pracował, nie ma żadnego doświadczenia zawodowego. Wychował się w sierocińcu. Porzucony przez rodziców, o których nic nie wiadomo. - Schował miecz, odwrócił się i ruszył szybko przed siebie.

- Nie mam czasu! - rzucił jeszcze za plecy.

- Jestem ciekaw, co takiego będziesz robił! Przecież nie masz pracy! - odkrzyknął tamten. Stanął. Wysupłał z kieszeni papierosa. Zapalił. Powoli odwrócił się.

- Wiesz o mnie więcej niż ludzie, którym zaufałem w tym mieście. - uśmiechnął się.

- Jestem twoją przepustką do innego świata.

- A to co znowu za pomysł? Chcesz mi mydlić oczy innymi światami? - Leamas był już zły nie na żarty.

- Pozwól mi opowiedzieć pewną historię. - odparł tamten - Wtedy zrozumiesz.

- Może najpierw się przedstawisz skoro znasz już moje imię?

- Nazywam się Saliga.

- Dobra mów i tak nie mam nic do roboty. - mruknął.

- Opowiem ci historię, której nie słyszała jeszcze żadna istota ludzka. Chociaż o tobie też nie można tego do końca powiedzieć.

- Co takiego?!

- Spokojnie - uciszył go Saligia. - Znasz Biblię. Prawda? - zapytał po chwili.

- Tak.

- Pisma poboczne też?

- Tak, ale nie praktykuję katolicyzmu.

- Oczywiście. - uśmiechnął się nieznajomy.

- Znasz więc historię powstania ziemi według Księgi Rodzaju. Nie jest ona jednak do końca prawdziwa. Ziemia zaistniała w wyniku wielkiego wybuchu w kosmosie. W rezultacie, tegoż samego wybuchu powstały też dwie wszechmocne postacie. Bóg i Szatan o imieniu Asmodeusz. Obaj byli do siebie bardzo podobni, różnili się tylko i aż charakterami. Byli jak czerń i biel. Bóg nieskończenie dobry, kochający życie i radość. Asmodeusz zły, przebiegły, wielbiący cierpienie. Ci dwaj stworzyli sobie po kilku podwładnych. Bóg - anioły, Szatan - diabły. Stworzenia te zaczęły się bardzo szybko rozmnażać przez podział, aż utworzyły wielkie armie. Wszechmocnym jednak to nie wystarczało. Anioły i diabły były nieśmiertelne. Ich stwórcy zaś chcieli mieć całkowita władzę nad swoimi "zabawkami". Ruszyli na poszukiwanie planet, nadających się na kolebki dla nowego życia. Okazało się, że tylko Ziemia ma odpowiednie do tego warunki. Oczywiście to, iż była tylko jedna odpowiednia planeta doprowadziło do nieporozumienia i w rezultacie tego wojny. Ogromną bitwę, której skutkiem była śmierć dinozaurów, wygrał Bóg, ze swoimi zastępami niebieskimi. Szatan i jego podwładni nigdy się nie poddali. Dręczyli stworzonych przez Boga ludzi i zbierali siły przeciwko niemu w celu odebrania świata. Niedługo siły piekielne zakończą przygotowania i zaatakują niebo. Bitwa zacznie się w tym mieście za kilka dni. Asmodeuszowi jest potrzebny jeszcze tylko jeden człowiek. TY.

- Co?? Nigdy nie wierzyłem, w żadne duchy, a ty myślisz, że teraz nagle uwierzę w jakieś brednie.
Przecież to czysty absurd. Trzymaj się ode mnie z daleka, a ja zadzwonię do jakiegoś szpitala
psychiatrycznego! Nie jesteś do końca zdrowy! - naparł na Saligie. - Powiem więcej,
jesteś obłąkany!- Uśmiechnął się.

- To było do przewidzenia. Podejdź do mnie, a pokażę ci, że moje słowa wcale nie sa majaczeniami
świra. - Leamas wcale nie miał zamiaru tego robić, ale coś go do tego zmuszało.
Wytrzymał jednak.

- Tak. To może być prawda. Może nie jesteś wariatem? Może chcesz mnie zwerbować do jakiejś sekty,
co?

- A ty wciąż swoje Samaelu. Przecież wiesz, że to co mówię jest prawdą.

- Nie jestem żadnym Samaelem. - Nagle coś przeszyło mu głowę. - Ja znam to imię.
Samael był aniołem śmierci, kusicielem Ewy. Symbol pierwszego tryumfu szatana nad Bogiem.

- Tak. Ty jesteś reinkarnacją pioniera diabelskiego dzieła. Ja też jestem synem Asmodeusza,
tak jak i ty. - Jego głos nie zmienił się nawet o jotę. Cały czas mówił spokojnie, cicho,
lecz twardo i pewnie. - Spójrz tylko na swoje nazwisko - Lived. Wiesz co to za wyraz, prawda?
Lepiej się zgódź, bo możesz mieć, delikatnie mówiąc, nieprzyjemności ,jeśli nie pójdziesz
za mna.

Zobaczył oczy Saligii jarzące się w mroku uliczki czerwonym światłem. Zrozumiał.
Słowa tego faceta wcale nie były majaczeniami wariata, czy gadką gościa z jakiejś sekty.
On mówił serio, a jego głos miał wielką moc przekonywania. Mimo woli co chwilę robił
krok w jego stronę.

- Zaraz, powiedziałeś, że jestem wam potrzebny do osiągnięcia sukcesu. Nie możesz mi nic zrobić.
Leamas uśmiechnął się. Zyskał przewagę. Jednak jego słowa nie wywołały przewidywanej reakcji.
Wargi tamtego wykrzywiły się w uśmiech, który gościł na nich w chwili pierwszego spotkania.

- Chyba się nie zrozumieliśmy. Nam nie chodzi o ciebie, tylko o twoją duszę.
To tylko nasza dobra wola, doprowadziła do tego, że jesteś jeszcze żywy.
Zwykle nie patyczkujemy się zbytni z takimi jak ty.

- Co za zaszczyt. Czym sobie na to zasłużyłem? - zdobył się na odrobinę ironii.
Wiedział, że to koniec.

- Poznaj naszą dobrą wolę. Zawrzyjmy umowę. Pomożesz nam w "Bitwie Wszechmocnych",
a po wygranej wojnie, dostaniesz na nowej ziemi dużą wyspę tylko dla siebie.
Jeśli się nie zgodzisz, zginiesz, a my użyjemy tylko twojej duszy - reinkarnacji. -
Oczy cały czas świeciły w ciemności, ale jakby mocniej. Bezwiednie podszedł do Saligi.

- Obudź się Samaelu!! - wykrzyknął tamten i wbił swoje szpony w brzuch Leamasa.
Ostatnim co zobaczył, była jego własna krew. Wokół zapadł mrok.
Po tym wydarzeniu miał w głowie tylko krótkie przebłyski. Jakiś starzec na tronie,
facet z wagą. Obudził się w tej samej uliczce, gdzie spotkał swojego "anioła stróża",
jednak wszystko wyglądało jakoś inaczej. Budynki, śmietniki, czy skwery z drzewami
jarzyły się lekkim szkarłatnym światłem. Na początku myślał, że to zachód słońca spowodował
to zjawisko, ale chwilę później stwierdził, iż latarnie nie odróżniają się kolorem od otoczenia.

- Co to ma znaczyć? - zapytał głośno.

- Cóż. Witaj w piekle Samaelu.


KOMENTARZE:

Tylda (~) oznacza podpis osoby niezarejestrowanej.


2005-01-08 13:25    IP: brak danych


No no, tylko nie bardzo rozumiem jaki jest związek tytułu z opowiadaniem.
--
~Ray Of Angel


2005-01-26 15:57    IP: brak danych


ja też nie wiem co ma znaczyć tytuł ale opowiadanie naprawde mi się spodobało achhh
--
~Kamelia


2006-07-18 22:43    IP: brak danych


Naprawdę fajne. Mam nadzieję że zobaczę jeszcze wiele takich w Twoim wykonaniu, Kuglen.
--
~Silva


2008-02-07 18:38    IP: 89.79.5.8


No niezłe..nawet dobre.Ale popełniłeś jedna gafę..ponieważ Samael jest z Chrześcijanizmu a Asmodeusz z Judaizm.A prócz tego to jedna i ta sama postać-Szatan.
--
~Inahem


DODAJ KOMENTARZ

Pola oznaczone gwiazdką są obowiązkowe

Podaj swoje imię*:
Podaj swój adres email:
Zapisz słownie cyfrę 9*:



Zawarte tu prace moża wykorzystywać tylko za wyraźną zgodą autorów | Magor 1999-2018 | Idea, gfx & code: Vaticinator | Twoje IP: 34.236.245.255