Nie masz jeszcze swojego konta? Zarejestruj się. Po pierwsze
podaj swój nick:
Wróc do menu: opowiadanie

Zapach Lata
    Powietrze pachniało latem.
Owinęła się chustą i rozchyliwszy zasłony, wyszła na taras. Przez cienką skórkę pantofli momentalnie przeniknął chłód wiekowych kamieni, z których ułożona była posadzka. Nie zwróciła na to większej uwagi, tylko dokładniej otuliła się chustą i skrzyżowała ramiona na piersiach. Wzięła głęboki wdech.
    Powietrze pachniało latem.
    Było chłodno. I to tym przenikliwym chłodem wieczoru po pochmurnym, deszczowym dniu. Było chłodno wilgocią upitej pierwszymi letnimi deszczami ziemi. Chłodno wilgocią przepojonego mgłą powietrza. Wilgocią jej wspomnień.
    Brakowało tylko odurzającej woni tych letnich kwiatów. Petunii, przypomniała sobie po chwili. Brakowało jej niezwykle mocnej, prawie duszącej, oblepiającej i słodkiej jak miód woni petunii. To nimi pachniał Jego ogród. To nimi ją zaczarował. To je zapamiętała niemalże najlepiej. Niemalże, bo tuż po Nim...
    Powietrze pachniało latem. Tamtej nocy także. Zbłądzili w lesie pewnego chłodnego wiosennego wieczora i przed zmrokiem nie zdołali ani znaleźć dobrej drogi, ani miejsca na nocleg.
    Pojawił się znikąd.
    Powiedział, że dostrzegł ich z wieży swojej posiadłości leżącej niedaleko. Zaproponował nocleg i wyprowadzenie ich następnego dnia na trakt do miasta, do którego zmierzali. Oni wszyscy, z nią na czele, uwierzyli w każde Jego słowo. Nie zastanowiło ich nic, nawet to, że jeszcze moment wcześniej byli w samym środku ciemnego lasu, a chwilę później jechali szerokim gościńcem w stronę ogromnego, bajecznie oświetlonego pałacu. "Magia..." przemknęło jej przez myśl, gdy wspominała tę noc później. Ale wtedy wszystko było tak oczywiste...
    W zamku każde z nich otrzymało do własnej dyspozycji oddzielną komnatę- nawet dwórki z jej świty i woźnice. A orszak był niemały, absolutnie i w każdym calu godzien swej wysoko urodzonej pani.
    Powietrze pachniało latem, gdy On oprowadzał ją po zamku. Nie zdziwiło jej nawet, że jeszcze przed chwilą chroniła się przed zimnem w grubych futrach. Opowiadał jej historię każdego miejsca, w które ją prowadził. Mówił pięknie, porywająco. Oplótł ją słowami opowieści jak ramionami i prowadził z miejsca w miejsce. Zawładnął nią całą, zabrał resztki wolnej woli i porwał, ukradł światu. Spijała słowa z jego ust, jak najsłodszy miód. Rozkoszowała się tą płynną słodyczą. Pozwalała jej wypełniać swe serce i myśli, płynąć swymi żyłami niczym wzburzona krew. Każde Jego słowo było jak namiętna pieszczota czułego kochanka- zapierało dech w piersiach, zasnuwało oczy mgłą rozkoszy, ekstatycznie obezwładniało ciało i otępiało zmysły. Z niemalże fizycznym cierpieniem przyjmowała chwile milczenia. Brak Jego aksamitnego głosu przeszywał jej duszę niczym sztylet serce. Zabierał jej chęć życia i zdolność oddychania. Jego milczenie pozwalała jej przetrwać tylko nadzieja na kontynuację opowieści, którą zachłystywała się, jak tonący powietrzem. Pod wpływem Jego słów i ciepłej barwy głosu w jej głowie żywo wybuchały kolejne sceny. Już nie wiedziała, czy znajduje się teraz, czy wtedy. To nie miało znaczenia, bo czas przestał dla niej istnieć. Słyszała tylko Jego, widziała tylko to, co mówił i czuła zapach lata unoszący się w powietrzu gęstym od słodkiej woni kwiatów.
    - Co to za zapach?- zapytała w końcu, zachłystując się rozpyloną słodyczą.
    - Chodź.- szepnął wprost do jej ucha.- Pokażę ci.- i uśmiechając się niezwykle tajemniczo, wziął jej delikatną dziewczęcą dłoń w swoją, silną i męską.
    Sprowadził ją po krętych schodach na sam dół budynku, wciąż snując opowieści o jego historii. Wreszcie dotarli do małych drewnianych drzwi. Pchnął je lekko i wtedy zdało jej się, że jej nozdrza wypełniły się płynnym miodem. Z wrażenia zacisnęła pięści i zorientowała się, że On wciąż trzyma jej dłoń.
    Przyciągnął ją ku sobie, a ona, odurzona zapachem kwiatów, wpadła bezwładnie wprost w Jego ramiona. Objął ją i wprowadził przez małe drzwiczki do ogrodu pełnego kwitnących petunii.
    Dla niej czasu nie było. Być może przestał też istnieć dla reszty świata, ale dla niej nie miało to znaczenia. Liczył się tylko On i przesłodki zapach tysięcy, może milionów kwiatów.
    Wydawało jej się, że wiekami spacerowali wśród kwiatów, przytuleni, a On dalej opowiadał. Mówił jej historię każdego z kwiatów, każdej ze ścieżek, każdego kamyka, a historie te zdawały się sięgać zarania dziejów. Nie potrafiła ich sobie potem przypomnieć, ale za to pamiętała dokładnie, że z każdym Jego słowem, z każdą nutą Jego ciepłego głosu, z każdym kolejnym haustem kwiatowego powietrza, coraz bardziej tonęła w Jego ramionach, coraz bardziej gotowa zrobić wszystko, by tylko z Nim zostać.
    Zaprowadził ją w najpiękniejsze miejsce, jakie kiedykolwiek było dane podziwiać jej oczom- na małą, pustą wysepkę w morzu kwiatów. Brakuje tylko tajemniczej altany skrytej w zieleni, pomyślała. I nagle zobaczyła śliczny, ażurowy domek w samym środku ogrodu, cały od ziemi aż po sam szczyt dachu niebywale ukwiecony. W jego wnętrzu zapraszająco połyskiwały pluszowe obicia miękkich kanap. On wprowadził ją do środka i posadził na jednej z sof, a potem dźwięcznym głosem zaczął snuć historię tego miejsca. Była przepełniona lękiem i niepewnością zdradzających kochanków, rozpaczą i żalem kochanków zdradzonych oraz nadzieją i szczęściem kochanków przyjętych. Opowiadał jej o przelotnych zauroczeniach i miłościach aż po grób, których świadkiem była ta altana. Opowiadał o potajemnych schadzkach, które miały w niej miejsce. A im dalej opowiadał, im więcej namiętności przywoływał do życia swymi słowami, tym mocniej ją obejmował i tym bliżej jej ciała się znajdował.
    Nagle Jego oddech stał się bardzo gorący. Parzył jej szyję, jej policzek, jej kark. Jego dłonie stawały się przy tym coraz śmielsze, rozpoczęły wędrówkę po jej ciele, gładziły jej ramiona, plecy, talię. Usta coraz częściej muskały jej skórę, a Jego tors cały przywarł do jej pleców. A ona całkowicie poddała się Jego woli.
    Teraz, gdy stała na zimnej posadzce tarasu, tak wiele lat po tamtej nocy, nie potrafiła przypomnieć sobie, co dokładni się wydarzyło, ale uczucie, jakie jej wtedy towarzyszyło, wróciło wraz z falą gorąca i przyspieszonym biciem serca. Wydawało jej się, że poczuła Jego palce wplatające się w jej włosy, Jego cudownie chłodne, delikatne usta na jej rozgrzanej i nadzwyczaj nagle wrażliwej skórze. Nawet przycisnęła mocniej ręce do piersi, na wspomnienie opadającej z jej rozpalonego ciała sukni.
    A potem było już tylko niewyraźne, ale bardzo silne wspomnienie Jego gładkiej, gorącej skóry ocierającej się o jej skórę, Jego ust pieszczących każdy zakątek jej ciała, Jego przenikliwych, nieludzko błękitnych oczu, przeszywających ją na wylot. Tego spojrzenia nie zapomni nigdy i zapewne umrze z jego wspomnieniem. Tego, co nastąpiło po tym Jego spojrzeniu też nigdy nie zapomni. I, pomyślała, uśmiechając się przy tym z rozmarzeniem, nie będzie mi z tego powoduźle.
    Bo potem istniał już tylko On. Nie było nocnego chłodu, ani altany, ani zamku tuż obok. Cały świat nagle zniknął. Został tylko intensywny zapach letnich kwiatów, mocna piżmowa woń i słodki dotyk Jego rozgrzanej skóry i Jego ogrom, przeszywający jej ciało, niewiele bardziej namacalnie, niż błękit Jego oczu jej duszę.
    Cały świat zniknął, najpierw na krótką chwilę po cienką zasłoną bólu, a potem, na całą wieczność, pod lawiną rozkoszy. Do tej pory, pomimo tych wszystkich lat, wciąż na samo wspomnienie tamtych chwil zalewała ją fala gorąca.
Na samo wspomnienie Jego delikatnych, ale stanowczych dłoni, jej ciało posłusznie uginało się.     Na samo wspomnienie Jego ust, jej wargi rozchylały się gotowe na słodką pieszczotę. Na samo wspomnienie Jego palącego oddechu, jej skóra oblewała się rumieńcem. Na samo wspomnienie...
    Następnego dnia zbudziła się w miękkiej pościeli, w ogromnym łożu z wielkim baldachimem. Ubrana była w cieniutką koszulę nocną z doskonałego jedwabiu, a pościel, w której leżała, była obleczona w powłoczki z najmisterniejszej koronki, jaką w życiu widziała. A na poduszce obok jej głowy leżała pojedyncza fioletowa petunia. A jej zapach przypominał poprzednią noc.

    Ledwie otworzyła oczy, a drzwi do komnaty uchyliły się i wkroczyła przez nie młoda dziewczyna w stroju służącej.
    - Witaj, pani.- powitała ją, skromnie spuszczając oczy.- Czy dobrze spałaś?
    - Czy dobrze... Tak. Tak, dziękuję.- odpowiedziała niepewnie, powoli dochodząc do siebie po przebudzeniu z pięknego snu, który śniła tej nocy.
    - Pan Nande będzie rad to słyszeć.- odrzekła cichutko. Więc miał na imię Nande... - Pan Nande ma nadzieję, że spodoba Ci się, pani, ślubny prezent od Niego.- to niezwykłe, jak mówiła o Nim z dużej litery. Ale zaraz...
    - Jaki prezent ślubny?
    - Pan Nande daje ci, pani, z okazji twego ślubu z królem Vensclawem wszystko, co znajduje się na wyposażeniu tej komnaty. - mówiąc to, dziewczyna omiotła wzrokiem całe pomieszczenie.- Włącznie z nocną bielizną, którą masz na sobie, pani. Najprzedniejsza ręczna robota tkaczy zza Krwistego Morza, pani.- czy w głosie służki usłyszała nutę zazdrości?- Co mam więc przekazać Panu? Czy podoba Ci się prezent ślubny, pani?
    - Tak...- w głowie miała mętlik. Ślub? Skąd wiedział o ślubie, który jeszcze nie został do końca uzgodniony? I kim On był? I co teraz, po tej magicznej nocy, stanie się z nią?- Tak... Przekaż swojemu panu, że bardzo mi się podoba. Albo lepiej będzie, jeśli sama Mu to powiem i podziękuję za tak hojny i piękny dar.
    - Nie będzie to raczej możliwe, pani.- rzekła służka, spuszczając oczy jeszcze bardziej.
    - A dlaczegóż to?
    - Pan Nande wyruszył o świcie na polowanie. Nie będzie Go co najmniej do wieczora, a powiedział, że wyruszasz, pani, wraz ze swoją świtą zaraz po śniadaniu.
    - Ach. Tak. Faktycznie. Wyruszam.- oparła się wygodnie na poduszkach i siedziała tak przez chwilę, próbując zrozumieć sytuację, przed jaką została postawiona. Przerwała jej kolejna wypowiedź służącej.
    - Pan Nande pragnie od razu gorąco przeprosić, że nie będzie się mógł zjawić na twoim ślubie, pani. Wysłał już stosowny list do twego przyszłego małżonka, a swego przyjaciela, króla Vensclawa. Ma wielką nadzieję, że nie będziesz żywiła do Niego o to urazy, pani, bo w wybaczenie króla Vensclawa nie wątpi.
    Znowu potrzebowała chwili na zebranie myśli. Więc człowiek, któremu oddała się w nocy był serdecznym przyjacielem mężczyzny, z którym miała wziąć ślub. Do dziś nie była jeszcze do końca pewna, czy małżeństwo zostanie sfinalizowane, bo król Vensclaw miał wątpliwości, ale z tego, co przed momentem usłyszała, już się ich pozbył. Tylko teraz pojawiało się pytanie, jaki wpływ na to będzie miała miniona noc? I jak ona ma się teraz zachować? I co zrobi w noc poślubną, gdy już się wyda, że nie jest czysta? Jak to wytłumaczy?
    Nie jest czysta? A może to wszystko tylko jej się śniło?
    - Przed śniadaniem chciałabym jeszcze iść na spacer do ogrodu. Zaprowadzisz mnie tam?- Altana. Musiała sprawdzić altanę.
    - Oczywiście, pani. Czy pomóc ci się ubrać, pani?
    - Tak.- odrzuciła kołdrę i wstała z nieskazitelnie białej pościeli.- Jesteś bardzo dobrą służącą.- powiedziała, gdy dziewczyna wyciągała z szafy gorset i pomagała jej go włożyć.- Twój pan powinien być z ciebie dumny.
    - Dziękuję ci, pani. Jesteś nazbyt łaskawa.- odpowiedziała cicho, zaciągają pierwsze sznurki.



    Popołudniu, zapatrzona w powoli chylące się ku zachodowi słońce, wspominała poranek jak mglisty sen.
    Pokojówka pomogła jej się ubrać w ciepłe suknie, bo, jak mówiła, dzień zapowiadał się wyjątkowo chłodny. Potem zaprowadziła ją do małych drzwiczek na parterze, gdzie zostawiła ją samą, tak jak prosiła.
    Gdy tylko otworzyła drzwi, otulił ją rześki powiew porannego powietrza, noszący jedynie nikłe ślady upajającego ją w nocy zapachu kwiatów. Z bezbrzeżnym zdumieniem przeszła alejki wśród prawie pustych rabat. Gdzie podziały się wszystkie kwiaty?, zadawała sobie w myślach pytanie. W końcu dotarła do miejsca, gdzie wczoraj znajdowała się ukwiecona altana, pałac jej rozkoszy. Na jego miejscu znajdowały się raptem cztery wyplatane wodnymi trawami ścianki i skromny daszek, oplecione uschniętym bluszczem. Niepewnie weszła do środka i pospiesznie omiotła wzrokiem zakurzone drewniane ławki. To nie może się naprawdę dziać, pomyślała przerażona. Jej uwagę przykuł mały, fioletowy kwiat leżący na środku podłogi. Powoli podniosła go z ziemi i wciągnęła w płuca jego mocną woń, zupełnie jak ta, która poprzedniej nocy zawładnęła jej umysłem. I wtedy wszystko stało się jasne.
    - Magia...- szepnęła na tyle cicho, że słowo zginęło w stukocie kopyt koni zaprzęgniętych do jej karocy. Mimowolnie podniosła do twarzy mały, fioletowy kwiat, który przez całą podróż do jej nowego życia i domu spoczywał na jej kolanach. Złożyła na jego płatkach delikatny pocałunek i, przymykając oczy, rozkoszowała się jego zapachem, przywodzącym na myśl gorący letni wieczór.


KOMENTARZE:

Tylda (~) oznacza podpis osoby niezarejestrowanej.


2006-12-04 10:02    IP: 195.136.143.118


Fajne, fajne :)
--
~Kajtek


2006-12-04 20:47    IP: 195.136.150.110


Jak najbardziej poprawne;
Calkiem milo sie czyta;

--
~Galahad


2006-12-04 22:55    IP: 83.18.152.138


Hmm, "magiczny" nastrój.. Bardzo ciekawe :]
--
Nevermore



2006-12-05 09:31    IP: 193.138.140.17


Moja polonistka w takich wypadkach pisała: "bardzo chwalę". I piszę to 100% obiektywnie,a nie tylko dlatego, ze jesteś moją Kupą. Mam nadzieje, że kiedyś dasz mi coś jeszcze przeczytać.
--
~Zasad


2006-12-06 23:41    IP: 217.113.228.31


zawsze ceniłem Twe pióro i nic tego nei zmieni. Kawał dobrej literatury i dobrze o tym wiesz:)Pozdrawiam
--
~Rósałek


2006-12-07 15:02    IP: 80.55.119.173


Bardzo przyjemna lektura u progu kolejnej zimy. Zrobiło się tak jakoś....ciepło ?
--
~Seldon


2007-01-21 18:24    IP: 213.134.184.52


Bardzo mi się podoba, "Dodołku"
--
~in


2007-04-09 17:24    IP: 83.27.61.46


Piękne opowiadanie Quellen. Ta magia aż jest nim przesycona.
--
Justynaa



DODAJ KOMENTARZ

Pola oznaczone gwiazdką są obowiązkowe

Podaj swoje imię*:
Podaj swój adres email:
Zapisz słownie cyfrę 1*:



Zawarte tu prace moża wykorzystywać tylko za wyraźną zgodą autorów | Magor 1999-2018 | Idea, gfx & code: Vaticinator | Twoje IP: 54.82.7.231