Nie masz jeszcze swojego konta? Zarejestruj się. Po pierwsze
podaj swój nick:
Wróc do menu: opowiadanie

Opowiadania Ynglifa - początek części II
W i d m o    Ś m i e r c i

Terion III


Błyskawica okrutnie rozdarła ponure, bezgwiezdne niebo. Ciemności rozpierzchły się przed nią, na moment odsłaniając wschodnią część miasta, doskonale teraz widoczną z najwyższej wieży Zamku Królewskiego. Obserwowałem to z uwagą, a gdy znów Mrok zwarł szeregi, dreszcz po mnie przeszedł. Nic. Jedynie nieprzenikniona noc. Moje nowe arystokratyczne szaty, w których wyglądałem na Dworze bardziej na miejscu, niż w kolczudze i z mieczem u pasa, kontrastowały nieprzyjemnie z przyćmionym światłem, rzucanym przez siedem świec, rozstawionych w niewielkiej salce. Nie mogąc przeniknąć nocy zasłony, mimo wytężania sił swych wszystkich, poddałem się w końcu, stając plecami do okna.
- Teraz przyznasz mi rację? - szorstki głos mego mentora odbił się złowieszczym echem w małym pomieszczeniu, na szczycie wieży. Nawet nie przypuszczałem, iż panuje tu taka akustyka.
- Niestety, nie uczynię tego, Mistrzu. Nie zmieniłem zdania. - odrzekłem stanowczo na nużące mnie już pytanie. Doba ku końcowi się zbliżała, już nocy połowa upłynęła, a mój czcigodny mentor wciąż miał nadzieję, iż zdoła mnie przekonać.
- Jesteś tego pewien? - nuta drwiny wdarła się do jego głosu.
- Tak. - lakonicznie odparłem. Nie. Nie był w stanie złamać mnie, powinien już był to sobie uświadomić.
- Dobrze. Ostatnia próba. -    ciemna misa, idealnie okrągła, znalazła się między nami na niewielkim, dębowym stoliczku. Poza nim i dwoma stołkami nic więcej nie składało się na umeblowanie tego pomieszczenia, zresztą to i tak już wystarczyło, by znaczną jego część zająć. Podniósłszy dzban nalał wody z niego, aż misa do połowy wypełniła się krystalicznie czystym płynem. Rozwścieczony grom rozbił się gdzieś nieopodal, z niemiłosiernym krzykiem zawołanie swe bitewne niosąc. Odruchowo ma dłoń powędrowała do miecza - lecz ten pozostał w komnacie, niestosownie byłoby się tutaj z nim obnosić. Opanowałem się natychmiast. Zagrożenie nadchodziło, czułem to, lecz był to dopiero zwiastun jego, jeszcze nie czas, jeszcze...
- Spojrzyj i przejrzyj na oczy. - nieprzyjemny dla ucha głos mentora znów się rozległ, gdy ten ubił i wymieszał ziół parę z krwią niemowlęcia, łącząc je z wodą w misie. Odurzający zapach uderzył od substancji, gdy odwróciwszy misę spojrzałem w jej zmącone, specyficznie zabarwione, wody. Zawsze brzydziłem się odmiany magii, którą stosował mój Mistrz. Lecz teraz wiedziałem, iż nie mam wyjścia - muszę spełnić jego życzenie, spoglądając w szkarłat płynów tych, mających wywołać wizje z przyszłości.
Niewzruszony obserwowałem wojnę, pożogę, Zagładę spadającą na Królestwo. Ze złowieszczej mgły wyłaniały się widmowe szeregi, zaskakując obrońców, biorąc ich miasta szturmem. Potem nie było już nic. Ogień strawił wszystek, zostawiając tylko spopielony, równinny krajobraz. Wszystko, góra czy pagórek, stało się jednym - wielką połacią wymarłej ziemi, noszącej znamię straszliwej pożogi. Lecz nawet okiem nie mrugnąłem, widząc dokładne odbicie alternatywnej przyszłości w krwistoczerwonej wodzie. Nawet walące się na dźwięk Trąb Ostatecznego Unicestwienia, prosto z Otchłani, mury Elenoil nie wywołały we mnie najmniejszego wzruszenia. Zbyt dużo już widziałem i nazbyt pewny swych racji byłem. To czasowe załamanie, lecz nie zagłada ras Enumedis i Erekates, wybrnąć da się z tego. Ugruntowywałem się w tym poglądzie przez ostatnie lata, walcząc zażarcie o każdy strzęp wiedzy i mojego zdania nie zmieni ta wizja przyszłości. O, nie, ona jest jedynie alternatywną przyszłością, a nie jedną, jedyną.
Mentor mój spojrzał mi w oczy, gdy wizja w misie zniknęła, a ja wzrok podniosłem. Jego zawsze niezłomne spojrzenie załamało się na chwilę krótką, gdy zdał sobie sprawę, iż nawet on nie zdoła zmienić mego zdania. Westchnął z rezygnacją, wściekle uderzająca błyskawica oświetliła jego oblicze, już nie tak pewne, jak zawsze.
- Ty w to wierzysz. - to nie było pytanie, on wreszcie się poddał. Teraz być może uda mi się mój plan wprowadzić w życie, skoro Mistrz odstąpił od swego stanowiska.
- Twoja niezłomność zaskakuje mnie, Wcielenie. Lecz twe ideały nie zdołają się przeciwstawić Wiecznemu Mrokowi, zobacz - wskazał, jakby od niechcenia, dogasającą pierwszą z siedmiu świec.
Jej płomyk ledwo się tlił, smagany wichrem niemiłosiernie, lecz innej natury niż ten, który za starymi okiennicami szalał. Wiedziałem, co to znaczy. Całkowita Zagłada, ukazana mi w wizji, nie była wstanie mną ruszyć, lecz co innego to. Mimo, iż świeca, symbolizująca jedno z centrów oporu w Loreis nie potrafiła wskazać, które to z nich dogłębnie uderzyło to w serce me, niczym sztylet zatruty.    Nagle zdmuchnięty przez Niegodziwość z łatwością płomień został, zewsząd cienie się pojawiły. Twarze niezliczone salkę wypełniły, w locie swym okrężnym przedśmiertne krzyki wznosząc. Lecz te udręczone dusze, które w imię Życia Potępieniu, w postaci Zagłady, przeciwstawiły się, bój przegrywając, nie mogły krzywdy żadnej mi i memu mentorowi wyrządzić. Wyryty już dawno w posadzce pentagram, wspierany symbolami Prawa, odpędzał je, naruszające odwieczne zasady Życia i Śmierci, chociaż zostały te nieszczęsne dusze zmuszone do ich złamania. Lodowaty dreszcz przeszedł mnie, gdy udręczone wizerunki poległych zakończyły swą straszliwą paradę, trwająca zaledwie uderzeń serca parę, a zdawałoby się, iż wieczność całą...
- Mistrzu...- słowa z ledwością wydobyły się z gardła mego, przepełnione przestrachem, który dawno już z nich nie bił.
- Nie. - lakonicznie odrzekł, odgadując, com miał na myśli.
Więc nie wiedział, który z Bastionów Porządku załamał się. A jeśli...
- Wciąż wierzysz, iż to nie jest początek końca?
- Tak, muszę...- znów niedokończona wypowiedź z ust mych padła, nabierałem z każdym słowem coraz większej pewności. Musiałem trwać w swych wierzeniach, taką drogę Przeznaczenie mi wyznaczyło, zbyt wielu istnień ode mnie zależało, bym mógł zwątpić. Tak, zbyt ważny byłem, by móc okazać słabości chociaż cień, zbyt ważny i...dumny.    



Zewsząd otaczały mnie ciemności. Ciężkie od śniegu gałęzie uginały się przed nim, zwarte w swych szeregach tworzyły imponujący, biały mur. "Chrup" - rozległ się odgłos, gdym usiadł na zwalonym z dawna gigancie. Rzeka szemrała, myśli biegły wolno i harmonijnie z jej tonem. Cudowna biel głębokiego lasu napawała me serce spokojem. Matka Noc nie kryła przede mną za zasłoną mroku swych tajemnic, jedynie czułem ciemność. Już dawno do niej przywykłem, mimo że z jej dziećmi walczyłem. Podczas bezsennych nocy Ona mnie zaprosiła, Ona mnie przygarnęła. Spokój i ukojenie dała, oto jedna z Jej natur. Nie raz już nastawała na mnie, psy gończe za mną słała, a teraz...staliśmy się najlepszymi sprzymierzeńcami. Nic mnie już nie niepokoiło w Niej, chociaż gotową była stać się wrogiem mym największym niespodzianie, zdradliwa i kusząca- taką była. Harmonia - oto, co osiągnęliśmy. Tajemnicza Pani wymagała ode mnie zwalczania swej drugiej natury, której okiełznać nie potrafiła, ofertę podobną, lecz z drugiej strony też miałem. Więc ja, Ynglif, poddawałem się coraz bardziej Lordowi Neronowi, jego matka bowiem znów otoczyła go swym płaszczem, a ja byłem nim. Cóż, wszystko to było tak zawiłe, myśli moje, odtwórzcie wydarzenia dawne, nie pozwólcie mi w niezrozumieniu trwać!
Powoli, miarowo, przypomniałem sobie dawne wydarzenie sprzed lat dziesięciu, gdy zjawił się on, Upadły Enumedis. Osaczyli Orsou, który chciał uczynić mnie swym wiernym narzędziem, ten stary intrygant przejrzał na oczy wcześniej niż Korona. Lecz oni pokonali go na jego własnym terenie, cóż, to, kto wykona pierwszy ruch, atakując i broniąc się zarazem bywa ważne. Eor - tak, to on wspomógł mego Mistrza, wodząc pana Orsou za nos, osłabiając wciąż jego pozycję. Lecz ataku CHILHIGÓW im nie wybaczę. Sprowadzili te straszliwe bestyie, ażeby Głowa Rodu Helos rzuciła swój najsilniejszy oręż - Gildię Wojowników, na beznadziejny bój... To przez nich Relit prawie całe legło w gruzach, a Gildia spadła na krawędź, iluż Wojowników, iluż Sekretarzy legło. I to wszystko tylko po to, by odwrócić jego uwagę, bym wydostał się spod bacznej obserwacji. A potem zamach na pana Orsou, grupka strażników i służący martwi - wszystko tylko po to, by go dostatecznie rozproszyć. Tak, Głowa Rodu Helos dostrzegała mój potencjał, była bliska przeciągnięcia mnie, Wcielenia, na swą stronę. Wtedy byłem jeszcze Ynglifem, a nie Neronem w ciele Ynglifa.
Wtem przeszedł mnie dreszcz, oczy mgłą zaszły, na śnieg jam padł. Straszliwych katuszy na ciele i duchu doznałem, moje JA, JA Ynglifa, chciało odzyskać to, co utraciło.
    -     Przeklęty durniu, czyż nie rozumiesz, jakim błogosławieństwem cię obdarzyłem?!
- Przeklęty! Właśnie tak, przekląłeś mnie, nie błogosławiłeś, Neronie! Nie pozwolę ci, JESTEŚ MARTWY!
- Ja? Bawisz mnie, młody głupcze. Wybrałem właśnie ciebie, zaproponowałem ci ciało za zbawienie duszy i co?! Dalej walczysz, dalej wyklinasz me imię, Ynglifie!
- Szarlatanie, nigdy ze mną nie wygrasz! NIC mnie nie obchodzi kim byłeś, odejdź duszo nieczysta! Nie kalaj swą obecnością Praw Natury, TY NIE ŻYJESZ!
- Ależ żyję - rozległ się głośny, szyderczy śmiech, sam nie wiem, który wtedy mą rządził, lecz pozostało to w mej (?) pamięci ! - Oto wreszcie prawdziwe Wcielenie, ty nim jesteś, a przynajmniej miałeś być. Królestwo mnie potrzebuje, ulegnij, a staniemy się całością, sprzeciw się, a raz na zawszę odbiorę ci ciało i strącę cię w Otchłań!
- Nigdy!!! GIŃ, PRZEPADNIJ DEMONIE Z PIEKŁA RODEM, W IMIĘ ŚWIATŁA, ODEJDŹ!
- Nie...Legion...- potężny wstrząs położył mnie na wznak, krew w żyłach zapłonęła, duszę mą Otchłani ogień smagnął. Z tymi oto ostatnimi słowami odszedł Lord Neron, przynajmniej na razie. Znów byłem sobą, Ynglifem. Bogom dzięki, że wyprali ze mnie tego demona, lecz czy na długo? Siadając z trudem na pniu powróciłem do swych rozmyślań, starając się wynaleźć jakiś ostateczny oręż przeciw temu niespokojnemu duchowi, w przeszłości mej go szukałem. Znaczna część Przepowiedni się spełniła, lecz Mistrz, który dokładnie ją przestudiował, znalazł pocieszające mnie wyjaśnienie. Przepowiednia bowiem mówiła o Wcieleniu, lecz nie precyzowała, czy nie będzie to osobnik, który zawładnie tym dawnym Bohaterem, czy też sam wybawca z zamierzchłych czasów wygra bój o ciało nieszczęsnego. Istniała pomiędzy nami więź, zgadzająca się z Przepowiednią. Bowiem jedność stanowiliśmy, lecz ja nie zamierzałem się na to zgodzić. Udało mi się go po raz kolejny odrzucić, choć wiedziałem, że wróci. Ale wtedy może słono tego pożałować... - złowieszczy uśmiech wykrzywił mą twarz, gdym tak pomyślał, w delikatnych śniegu płatkach skąpany. To my odnaleźliśmy i zamknęliśmy ORIHIKYĘ w podziemiach pałacu, gdyż Kapłanka wybrana przez Merjię dawno odeszła, grzebiąc ze sobą błogosławieństwo i wiedzę przekazaną jej przez wciąż słabnącą Boginię. Mimo, iż to śmiertelne zagrożenie było teraz w naszych rękach, zniszczyć go nie mogliśmy, a Legion już niebawem nadejdzie tu w swym ponurym majestacie. Ale to wtedy ja, wspomagany przez mądrość i Moc Lorda Nerona tego dokonałem, nie zaś on. Jednak...Przeklęte Opactwo zbawił Neron, nie ja, taka jest prawda, a Moc tego Lorda zaiste wielką jest. Wtedy właśnie musiały go dosięgnąć pokusy ponownego życia, a nie tylko wspierania śmiertelnika. Tak, byłem tego pewny, wtedy narodził się konflikt. Od tej pory już nieraz on mną rządził, lecz też nieraz wolą odpychała go ma dusza, broniąca zaciekle swej cielesnej powłoki. Nigdy nie dam nikomu uczynić ze mnie bezmyślnego narzędzia, nawet sami Bogowie nie zgładzą mego ego bez walki, a co dopiero on! Wygrałem niedawne starcie, poczułem jego gniew. Teraz bitwa toczyła się nie tylko o moje życie, ale i o mą nieśmiertelną duszę... Światłości, daj mi siłę by Neronem zawładnąć, a przyrzekam Ci, że Legionu macki odetnę, nim uduszą w swym morderczym uścisku Królestwo! Światłości, oddaję się pod Twoją pieczę, daj mi siłę, a wola Twa się stanie!



Lodowaty wiatr owiał mą twarz, lecz już nie z siłą, którą miał za murami miasta. Wjechałem z wolna przez bramę ledwo uchyloną, strzeżoną pilnie. O dziwo liczna grupa strażników pytania chociaż jednego nie zadała, z szacunkiem ukłon mi składając i bez słowa przepuszczając. Koń mój, rumak rączy, kroczył niepewnie, chód zwalniając na starych, zimnem skutych ulicach, wieki temu powstałych. Monumentalne domostwa ludu zwykłego najczęściej wyrastały bez ładu żadnego, wzbudzając lęk swą brutalną prostotą. Kamień był w Stalarit wszechobecny, ten prymitywny lud z ledwością potrafił go obrabiać, architekci żadni z nich byli, mimo tego miasto sprawiało należyte wrażenie, by wrogi zniechęcić. Z chłodu marznąc po raz kolejny pożałowałem mej długiej podróży przez krainę, w której wiecznie zima panowała, by dotrzeć tu, do prymitywnego miasta, które zamieszkiwały na wpół dzikie humanoidy. Lecz musiałem tu przybyć, obowiązek nie pozwolił mi paść obalonym przez mróz, zziębniętym śmiertelnie, z żywiołem przegrywającym, a dać wiarę mym słowom należy, podróż ta nie była łatwą. Tak, jedynie obowiązek uzdrowienia Króla mnie tu przywiódł. Bowiem monarcha zapadł na chorobę nam nieznaną, której nikt uleczyć nie mógł, nawet sam Mistrz. Lord Armston po namyśle długim stwierdził, iż muszę sięgnąć do pamięci Lorda Nerona, kroniki pisały, iż uleczył on kiedyś kogoś, kto zapadł na tę dziwną chorobę, ale już nic więcej mądre księgi powiedzieć nie chciały. Ledwo zdołał jam temu podołać, od zmysłów prawie odchodząc, jednak wydusiłem z mego prześladowcy, który pragnął mną zawładnąć, odpowiedź. Miecz Aiwen - jedynie ten nikły ślad mi dano, a kosztem mogło być unicestwienie mego umysłu...Drogę w "swej" pamięci z trudem odnalazłem, tym bardziej, iż wiele się od tego czasu zmieniło, ale byłem na miejscu. Tylko to artefaktyczne ostrze było w stanie utrzymać monarchę przy życiu, a może nawet uzdrowić, któżby miał pewność.
Zostawiając konia przed Świątynią Mroźnej Pani Aiwen (tresowano go bojowo, nie pozwoliłby się ukraść), przywiązawszy go w pobliżu, począłem piąć się olbrzymimi, lodowymi stopniami wzwyż. Wszystko, stopnie, ściany, olbrzymie wrota, były z najczystszego lodu, niczym nie skalanego, acz serce chłód przeszywał niemiłosierny przy każdym zetknięciu się z nim.
- Bogini cię oczekuje, Lordzie Neronie. - z pewnością siebie rzekła to młoda niewiasta, o zimnym obliczu. Jej szata była nieskazitelnie biała, lecz to nie była biel niosąca ukojenie, obietnicę, nadzieję, lecz złowroga biel...Dwie również takowo odziane kobiety rozwarły wrota ciężkie, lecz czyż to nie był tylko pozór, skoro miały dość siły, by je ruszyć?
I znów oczom mym ukazał się sam lód. Wielkie, zajmujące znaczną część głównej nawy ławy, idealnie rzeźbione, odbijały słabe światło licznych pochodni, z ledwością płonących. Gdy znów w głębi ducha przekląłem panujący tu klimat, drzwi za mną się zamknęły, a mą uwagę przykuł olbrzymi posąg, w przeciwległym końcu sali. Nieziemsko piękne oblicze surowej Bogini, z kunsztem niebywałym przedstawione, uwagę przyciągało, nawet mniej niż kuszące ciało jej. Mimo swego nieziemskiego piękna posąg przedstawiający Mroźną Panią promieniował chłodem, całkowitą obojętnością, złowrogi majestat powalał wręcz na kolana przybyłych tu.
- Ynglifie...- delikatne wołanie mnie dobiegło, jakby z posągu ust. Bez zastanowienia przebył jam prawie całą monumentalną salę, klękając u stóp wyobrażenia Bogini. Czułem, iż tak powinienem zrobić.
- Śpij...- wraz z tym szeptem rozkazującym mój umysł odpłynął, a ciało legło nieruchomo na posadzce.


- Ynglifie, zbudź się. - znów ten piękny, niewieści głos zadziałał na mnie. Zziębnięty z zimna podniosłem się, gramoląc się do najbliższej ławy, gdzie legł jam, wyczerpany i nic nie rozumiejący ze swojej sytuacji. Lecz myśl nie dano mi zebrać, oto znów głos z posągu się ozwał:
- Ynglifie, wysłuchaj mnie, Aiwen, bowiem ważne słowa mam ci do przekazania. Wiem o tobie wszystko. Ja i Lord Neron spotkaliśmy się już kiedyś, według waszej erekateskiej miary czasu nastąpiło to zaiste dawno temu. Wyświadczył on moim wyznawco, Stendarom, znaczną przysługę podczas gdy byłam zbyt zajęta, by mieć ich w swej pieczy. Lord Neron wśród mego ludu zapadł w pamięć jako wielki bohater, bowiem ocalił ich, zwracając też relikwie, mój miecz, którym obdarowałem Stendarów. Zasługi jego były wielkie, lecz rozum mały. Śmiał mi się przeciwstawić! Byłam gotowa pozwolić mu dostąpić najwyższej z łask - służby u mnie, lecz on odmówił! Ale jednego nie można mu odmówić - szczerości. Nie zasłaniał się wiarą w innych Bogów, bowiem dawno się ich wyrzekł, Nocy swą duszę zaprzedając. Tak, zaiste zgubiona dusza ta okazała się godną stanąć naprzeciw Legionu, lecz na pewno znasz tę historię. Wstąpił on w twe ciało, młodzieńcze, i odbył ze mną naprawdę długą rozmowę. Wierzył, iż dam mu możliwość nowego życia, by zmierzył się z Legionem. Lecz Legion i jego poczynania mnie nie obchodzą, głupcem był odwołując się do mego sumienia, bo chyba tak to nazywacie. Śmiał mi rzucić wyzwanie, któremu nie podołał. Teraz ty musisz się z nim zmierzyć! Przekonajmy się, coś wart, Wcielenie!
- Ynglifie... Pozwól mi powrócić, ona nas zniszczy, muszę...
- Nie, Neronie. Tym razem twe kłamstwa mnie nie zwiodą!
- Sam tego chciałeś!
Wnet odczułem palący mnie od środka ogień, Nienawiść najczystsza smagnęła mnie niemiłosiernie. Oczy me z orbit poczęły wychodzić, gdy do mózgu mego napłynął jasny rozkaz: "Umrzyj". Szamotając się bezsilnie, z rzeczywistością kontakt tracąc, zmagałem się z wolą mego prześladowcy. On nie mógł wygrać! Koncentrując się, siłą woli swą uderzyłem w jego, wszystek nadzieję w tym jednym ataku pokładając. Jeśli zawiodę - będzie to mój koniec. Wszystko, co stanowiło mnie, zwarło się niczym klin, pędząc przez czasy i światy - tam, skąd uderzał agresor. Chęć życia była we mnie zbyt silna, bym poddał się bez walki. Wtem nieludzki okrzyk "JAWENGOJ" w piekielnym akcencie wzniósł się, niczym przekleństwo (a może groźba?) wymierzony we mnie. Padłem, życia kurczowo się trzymając. Lecz on odszedł, Lord Neron wycofał się przegrawszy walkę.
- Niesamowite... Ty, śmiertelna istota, która wiosen trzydzieści zaledwie ma za sobą, zdołałeś odeprzeć swą wolą Lorda Nerona, tego, który z Bogami walczył! - tym razem nie był to stanowczy, kuszący głos, lecz okrzyk pełen zdumienia, wręcz trwogi. - Ynglifie, udowodniłeś swą siłę, lecz życie z ciebie szybko ucieka. Lord Neron nie jest już tak silny, jak kiedyś. Poprzysięgnij mi wiernie służyć, a twój prześladowca stanie się częścią ciebie, lecz to ty będziesz dominował, on dodatkiem zaledwie się stanie! Nie odpowiadasz? Wolisz umrzeć tu, duszę skazując na gniew Nerona, który niedługo powróci, siły swe regenerując?
Rozterka wielka mnie ogarnęła, lecz instynkt życia był we mnie zbyt silny. Życie całe przed oczyma mymi przeleciało, nagle ukazał mi się ciemny tunel, zza rogu światło błyszczało, lecz to był ogień, Potępienia Ogień.
- Aiwen, Mroźna Pani, zgadzam się na twe warunki!
Życie szybko powróciło do mnie, powstałem zadziwiony, w pełni sił będący. Czułem się silniejszy, uświadomiłem sobie, iż cała pozostała wiedza i Moc Nerona przeszły na mnie, wraz z resztkami jego osoby. Tak, rozpierało mnie wręcz uczucie wielkiej Mocy, lecz...pustka mroźna w mym sercu zagościła. Czułem, iż rozpoczyna się straszna przemiana, która uczyni me serce lodu bryłą. Lorda Nerona ostrzeżenie teraz zrozumiałym i prawdziwym się stało, gdym połączył się z nim, jego wielowiekowe doświadczenia mówiły prawdę. On Nocy zaprzedał duszę, by bronić Loreis przed Legionem, a ja...Aiwen. A więc taką miała być prawdziwa cena pozornego ocalenia...



Wierzchowiec mój pędził wręcz na złamanie karku na niebezpiecznych ścieżkach, nierzadko stromych i lodem skutych, lecz jakimś cudem do tej pory nie zdarzył się nam wypadek.
Zima nadeszła znów, szarżę swą rozpoczęła. Wściekła legiony swe rzucała, lecz niczym był mi śnieg jej, niczym był lód zdradliwy. Frontalnemu uderzeniu ulec jam był nieskory, mimo zaciekłości jego niezwykłej. Brnęliśmy przez wojennej zawieruchy sam środek, z zimą skłóceni, widocznie za nieoddanie jej należytego respektu (gdyż niestraszna nam była, właściwie była wręcz niczym dla mnie w tej chwili), aż rumak mój nieustraszony (dzięki odpowiedniemu ulokowaniu i wykorzystaniu mej Mocy) zatrzymał się gwałtownie, rżąc przeraźliwie. Na antycznego miecza klindze lodowej słabe światło się odmalowało, gdym je podniósł nad głowę wystraszonego zwierza. Na jedno me słowo rozkazujące broni niebywałej, zimy armia zlękła się, wystraszona w rozsypkę idąc, gniew zgasiło skrzące się złowieszczo światło z legendarnego Miecza Aiwen. Pokraczna, ponad dwumetrowa sylwetka przemknęła w ostatnich powiewach wiatru, kuląc się za głazem najbliższym. To coś, o powykręcanych kończynach, łapach zwisających aż do ziemi podczas ruchu, musiało być tym, przed czym przestrzegała mnie Mroźna Pani - Śnieżnym Trollem. Mój nowo nabyty szósty zmysł ostrzegł mnie, iż w pobliżu więcej bestyii się tych czaiło. Widocznie głupie te stworzenia odniosły wrażenie, iż nie ujrzałem ich, gdy kurtyna śnieżna opadała - cóż za naiwność! Jechałem jednak wciąż naprzód, wiedząc, że nie odważą się na mnie uderzyć, póki nie wykonają innego powierzonego im zadania. A ja dobrze wiedziałem, czegoż będą chcieli.
- TADMY! - wielka, nieowłosiona istota zagrodziła mi drogę swym ciałem, o chropowatej skórze. Wtem dołączyły trzy inne do niej, dwie z nich jednak wypadły na tyły moje. Gdyby nie Moc, którą posyłałem w zaklęciach uspokajających wierzchowcowi memu, już dawno padłby pewno ze strachu. Ach, czyż te kreatury sądzą, iż coś dobrego wyniknie z ich misji? Ich wypowiedziane w piekielnym akcencie "stać" nie zrobiło na mnie najmniejszego wrażenia, od dawna przypuszczałem (a właściwie Neron przed połączeniem, a potem to już stało się częścią mnie), że Galafron wydaje im rozkazy, nie mówiąc o nauce piekielnego. Lecz Aiwen w to wiary nie chciała pokładać, wciąż przez niby-bóstwo, które ten demon utworzył (spodziewałbym się, iż jest to słaba istota, mogąca jedynie obserwować i przemawiać do swych wiernych Trolli), wodzona za nos. Widocznie brakowało Jej sprytu, by rozwikłać zagadkę nowego Boga Trolli, lecz to już nie moja sprawa, w końcu jeszcze się dowie moja Bogini... Słowa, które w tej opowieści swej przytoczę za moment, zostały z dialektu piekielnego przetłumaczone, gdyż nie śmiałbym dosłownie przytaczać tak wielkiej ilości ich w tym okropnym języku.
- Bądź pozdrowiony, Lordzie Neronie. - z niezwykłym trudem wymuszoną ogładą rzekł Troll o skórze koloru czystej bieli (takiż to kolor był też cechą charakterystyczną jego gatunku), wyglądający na przywódcę nieokiełzanych zazwyczaj stworów.
- Zwą mnie Ynglifem, Trollu, Lord Neron to już historia! - przerwał jam mu w pół słowa, znacząco wysuwając Miecz Aiwen z pochwy.
- Jak sobie życzysz, panie -przywódca grupki nieznacznie się ukłonił, przynajmniej przypominało to ukłon. - Mistrz Galafron przesyła wiadomość, Lordzie Ynglifie.
- Mów więc.
- Mistrz Galafron podziwia twój kunszt, Lordzie.
- Do rzeczy, Śnieżny Trollu!
- Mistrz Galafron chce się z tobą widzieć, o wielki. Ma do ciebie bardzo ważny interes.
- Wykluczone. Coś jeszcze?
- Mistrz przewidział taką reakcję, panie. Ma dla ciebie propozycję: chce byś oddał mu Miecz Aiwen i stanął z nim na równi w Legionie. Nagrodą byłaby wielka władza i wieczne życie. Czy jesteś zainteresowany tą propozycją, o wielki Bohaterze? - aż dziw, iż taka marna kreatura była w stanie opanować do tego stopnia etykietę i jakikolwiek język.
- Nie jestem głupcem. Przekaż swemu panu mą odmowę, Trollu. Od ciebie zależy, czy wyprawisz się prosto do czeluści Piekła, czy powiesz mu to w inny sposób. Wybieraj.
- Ależ Lordzie Ynglifie, chyba możemy dojść do porozumienia? - rzekł nieco zmieszany Troll, lękając się o swój żywot, gdyż dostrzegł, iż jego Mistrz go okłamał - sprawa ze mną nie jest wcale tak łatwa, jak twierdził.
- Tak. - na dźwięk tych słów wyraźnie ulżyło przywódcy bandy, który jako jedyny z nich rozumiał przynajmniej po części powagę sytuacji. - REHOHUR! - to słowo, ciśnięte niczym grom, spadło na kompana mówcy, stojącego nieopodal niego. Mroźna Pani nie zawsze miała tę domenę, co teraz, niegdyś jako Bogini Wojny czczoną była. Odświeżyła ona pewną część pamięci Nerona, która teraz i moją pamięcią była, dzięki temu wiedziałem, jak posłużyć się piekielną magią w swych celach. Bowiem każde słowo w archaicznym języku tym, piekielnym, odpowiednio wykorzystane Słowem Mocy mogło się stać. Troll po dźwiękiem słowa tego i Mocy zarazem ugiął się, eksplodując po chwili, z kłębami dymu. Lecz prawda była taka, iż serce jego zatrzymałem, a reszta była iluzją, stworzoną, by zniechęcić tym do walki napastników.
- CHANAVAAFE! CHANAVAAFE! - darł się przeraźliwie dowódca tej małej grupki, odsuwając się jak najdalej od iluzorycznego dymu, którym, jak mu się zdawało, począł się krztusić. Podczas gdy on prawie wycofywał się, wykrzykując wciąż komendę ataku, pozostali natarli z dziką furią na mnie, to był ich instynkt, niepotrzebne tutaj komendy. Od początku widziałem w ich oczach żądzę mordu, a teraz poczęli dawać jej upust. Legendarne ostrze, pożyczone mi przez Boginię, starło się z olśniewającym blaskiem z prymitywną maczugą, którą dzierżył przeciwnik, wysunąwszy się przed swego kompana. Broń w przepaść spadła, a w ślad jej poszedł agresor, staczając się z wąskiej ścieżki do przepaści. Moc, która wyzwoliła się z Miecza przy starciu się dwóch broni była zbyt duża, by podołał przyjęciu jej ten Troll. Zaiste, nie wiedziałem, iż ten legendarny oręż potrafi zalać swą Mocą wrogów, tak, by okazało się to dla nich śmiertelne. Lecz już kolejna zgarbiona poczwara pędziła ku mnie, ta akurat nieuzbrojona, lecz pozornie. Wiedziałem, iż jeśli uderzeń serca kilka jej dać, dotrze do mnie, a wtedy jej pazury z ostrzem mym skrzyżują. Lecz to cholerstwo zbyt szybkim było, bym miał szanse w takim starciu, druga łapa, ostrymi pazurami zakończona, zrzuciłaby mnie z konia, gdy jam do zwarcia Miecza z pierwszą łapą doprowadzał. Pojąłem to w mig, odwołując się do ulubionej sztuczki Lorda Nerona - unoszenia siłą woli obiektów. Gdy już się poczwara zamachiwała, a mój wręcz zahipnotyzowany przeze mnie rumak stał ze zgrozą w oczach, nie mogąc się ruszyć, bestyia gwałtownie wyskoczyła w powietrze. Szamotała się zdezorientowana, lecz woli mej wysiłek trzymał ją metrów parę nad ziemią, po czym przenosząc Śnieżnego Trolla spojrzeniem, w którym była Moc, przerwałem czar, pozwalając opaść mu w przepaść.
- Co teraz poczniesz, porzucony przez Mistrza swego? - zapytał jam mamroczącego coś pod nosem, skulonego niegdysiejszego przywódcę zmasakrowanej przeze mnie grupki, który wbrew moim przypuszczeniom nie uciekł w siną dal, chociaż blisko mnie też nie był.
- Mistrz wciąż jest ze mną. Przyjmij jego pozdrowienie. - Troll uśmiechnął się szyderczo, kończąc widocznie zaklęcie. Wtem, nim zdążyłem choćby myślą pojąć sytuację, grunt pod nogami mego wierzchowca osunął w przepaść, tak, jak większość nieszczęsnych agresorów skończyła, tak rumak mój również zakończył, a szkoda, bo dobrze mi służył. Lecz nie ja, o nie, mnie ta sztuczka nie mogła zabić. Wisząc, uczepiony jedną ręką marnej krawędzi, pozostałej z osuniętej ścieżki, w prawicy dzierżyłem Miecz Aiwen.
- Ach, więc takaż twa odpowiedź, Lordzie Ynglifie? Ja i Mistrz zawiedliśmy się na tobie, któżby się spodziewał że tak marnie skończysz już teraz? - stojąc na granicy osuwiska, z głazem, zdolnym strącić mnie, Śnieżny Troll śmiało szydził ze mnie, widocznie zadowolony ze swej przewagi. A palce me cierpły, jeden już oderwał się, niezdolny utrzymywać mnie. Lecz oto wada mego wroga zgubiła go. Rozzuchwalił się szydząc wciąż ze mnie, a gdy po dłuższej chwili wyraźnie zadowolony z siebie, podniósł głaz znaczny nad głowę, by cisnąć nim, zaskoczenie wielkie go spotkało. Zamarł w bezruchu, zlodowaciały cały, gdym skierował na niego Miecz Aiwen, zasilony mą Mocą. Tak, jak mówiła legenda - tego lodu nic nie stopi, wystarczy, że rozbudzi się wystarczającą energią Miecz, a pocznie zamrażać wszystko, co zetknie się z jego klingą.
- I co teraz powiesz, Śnieżny Trollu? - z szyderczym uśmiechem skwitowałem swe zwycięstwo.



    Pochodni światło chwiało się w tańcu szalonym, cienie liczne po ścianach przemykały. Lord Armston stał tuż za mną, ze sceptyzmem patrząc na Teriona III, nie wierząc zbytnio, iż zdołam go przy życiu utrzymać. Lecz chory monarcha wierzył w to usilnie, zasiadając z trudem na tronie swym. Drzwi Sali Tronowej oświetlonej migotliwymi pochodniami zamknięte były, bowiem nikt nie powinien zakłócić rytuału. Po czasie długim od zapadnięcia Króla w chorobę zdobyłem wreszcie coś, co mogło, lecz nie musiało, go uratować - Miecz Aiwen. Bogini powierzyła mi go, żądając jednak zwrotu jak najszybszego, gdyż ceną była misja zbyt trudna dla jej wyznawców innych, czekająca właśnie na mnie, a zwłoka tutaj niekorzystną była. Zważyłem ostrze w ręce, zdało się lekkie niczym piórko, misterność jego wykonania przyciągała uwagę. Z legendarnego lodu wykuto klingę tą, niezniszczalną będącą, nawet Moc w żaden sposób zadrasnąć jej nie mogła. Całość - rękojeść i klinga odbijały wspaniale światło, błękitnym je czyniąc, ach, zaiste wspaniałe był ten nieskazitelny Miecz, zaklęcie stare i silne noszący. Grozą było negocjować z Mroźną Panią, wiedziałem, iż bardzo nieprzyjemne mogą być konsekwencje mych układów z nią, lecz jedynie ona mogła zapewnić mi Moc, której teraz potrzebowałem.
- Zaczynaj, Ynglifie. - słabo rzekł stary monarcha.
Mieczem zryłem wspaniałą Sali Tronowej posadzkę, pozostawiając na niej ślad okazale prezentującego się pentagramu. W każdym rogu jego rozpaliłem świece, o nienaturalnym błękicie, Mocy Aiwen symbole, darowane mi przez jej Najwyższego Kapłana, uważającego mnie wciąż za Lorda Nerona. Stając pośrodku pentagramu, uniosłem nad głowę Miecz Aiwen najstarszą z modlitw Jej odmawiając. Powoli, miarowo, przypływ Mocy poczułem, wiedziałem teraz, iż Bogini użycza mi swej potęgi, bowiem tego rodzaju Mocy nikt inny poza Nią okiełznać nie potrafił w tak dużym stopniu, jak Ona. Gdy pentagram z symbolami Aiwen, pomagający mi w skoncentrowaniu Mocy, zadanie swe spełnił, wyszedł jam poza obręb jego, dzierżąc Miecz, światłem błękitnym promieniujący, bowiem to on był teraz nośnikiem Mocy.
- Terionie III - przemówił głos, jakby z Miecza się dobywający - złóż mi, Aiwen, hołd, a uzdrowionym zostaniesz.
- Nie uczynię tego, Aiwen. - rozległ się ochrypły głos monarchy - Nie wyprę się swego Boga.
- Więc w krysztale spocznij z błogosławieństwem mym, jeśli powrócisz do żywych wiedz, że z otwartymi ramionami cię przyjmę, mimo twej odmowy, Terionie III. - głos dobywający się z klingi ucichł. Spuścił jam ją, zgodnie z Bogini życzeniem, serca Króla dotykając. Począł rosnąć w zastraszającym tempie kryształ wokół niego, wkrótce całego jego i tron pokrywający. Kryształ ów do złudzenia przypominał kolorem Miecz Aiwen.
- Stało się. - rzekł jam, opuszczając ze zmęczeniem artefaktyczną broń.
- Zaufałem ci, Ynglifie. Tłumacz więc, co żeś zrobił, nie tak to miało wyglądać. - warknął zaskoczony Lord Armston, który zgodnie z przysięgą nie przeszkadzał mi podczas rytuału.
- Ten kryształ podtrzyma monarchę przy życiu. Aiwen i tak była łaskawa dla niego, skoro odmówił złożenia Jej hołdu, Lordzie Armstonie. - Miecz blaskiem swym niezwykłym przestał się świecić, świece symbolizujące rodzaj Mocy Mroźnej Pani zgasły, również większość pochodni, pod wpływem fali odpływającej energii. Dało się posłyszeć wolne, lecz miarowe, bicie serca Teriona III. Znaczyło to, iż Król będzie w tym krysztale "żył", chociaż wciąż nie rzucało to światła na sposób jego uzdrowienia.
- Więc teraz mamy zamrożonego monarchę, miast martwego...Zajmę się wszystkim, idź do Mistrza Daer, chciał się z tobą po tym rozmówić. - w szorstkim głosie swego starego mentora wyczułem obawę.




     - Witaj, Ynglifie. Piękna noc, nieprawdaż? - powitał mnie Mistrz, gdym wszedł do         najwyższej wieży Zamku Królewskiego, zasiadając na jednym z dwóch stołków, uprzednio ukłonem lekkim go witając.
- Cóż jest tak naglącego, Mistrzu, iż po wyczerpującej podróży nie pozwalasz mi zaznać spoczynku?
- Będziesz musiał jutro z rana czym prędzej wyruszyć ku Stalarit. To może być jedyna okazja do rozmowy. Dobrze wiesz, że Aiwen nie będzie tolerować nieposłuszeństwa.-w szorstkim głosie swego starego mentora wyczułem obawę.
- Więc już wiesz?
- Każdy Wtajemniczony czy Kapłan to wyczuje, Ynglifie. Nie wybrałeś najlepiej.
- Jedynie Ona była wstanie podporządkować mi Nerona, a nie mogłem sobie pozwolić na podwójną osobowość. Neron pragnął mego ciała, był gotów nawet zniszczyć duszę mą. Nie miałem wyboru, Mistrzu.
- Zawsze jest kilka dróg. - wtrącił Mistrz Daer. - Lecz nie czas teraz na teologiczne dysputy. Jesteś tu potrzebny. Nie zabawiaj zbyt długo w Stalarit na służbie Mroźnej Pani. Wiem, iż będziesz musiał pewien czas Jej zadaniom poświęcić, lecz niech nie trwa to zbyt długo.
- Dobrze, Mistrzu. Lecz wiesz, iż jestem chwilowo zdany na jej łaskę.
- Aiwen lęka się Legionu, Ynglifie. Ona nigdy się do tego nie przyzna, lecz Galafron stanowi dla Niej zagrożenie. Kiedyś zdołał odebrać Jej tytuł Bogini Wojny, przez niego na dwa tysiące lat zniknęła z kart historii. Gdy tylko zdoła zyskać choćby ulotne bezpieczeństwo zgodzi się ciebie wysłać przeciw Legionowi, w bój, który toczy z nim Królestwo nasze. Pamiętaj o tym, to atutem twym będzie. Postaram się utrzymać jako taki ład do twego przybycia. Lecz bez ciebie nie wygramy tej wojny, niech te słowa zapadną ci głęboko w pamięć, Wcielenie. Wiesz co czynić. Ruszaj jutro z rana. Będę cię oczekiwał, bowiem bez ciebie nic nie wskóram. Idź z mym błogosławieństwem, Ynglifie.


KOMENTARZE:

Brak komentarzy


DODAJ KOMENTARZ

Pola oznaczone gwiazdką są obowiązkowe

Podaj swoje imię*:
Podaj swój adres email:
Zapisz słownie cyfrę 3*:



Zawarte tu prace moża wykorzystywać tylko za wyraźną zgodą autorów | Magor 1999-2018 | Idea, gfx & code: Vaticinator | Twoje IP: 54.82.7.231